Bookeriada

Recenzja: Agata Porczyńska, „Wada wymowy”

„Agata Porczyńska – dziewczyna z okładki.” Tak, właśnie to, głosi opis autorki na tylnej okładce. Informacja zadziwiająca, dystans do własnej osoby również. Wystąpić na okładce swojej debiutanckiej książki to gest odwagi, który trudno pominąć milczeniem, szczególnie, że po przeczytaniu zbioru dwudziestu dziewięciu opowiadań, nie można autorce odwagi odmówić – również w pisaniu.

Kim jest zatem Agata Porczyńska? Dyplomowaną aktorką, specjalistką od public relations oraz niewątpliwie pisarką o niezwykle wyostrzonych dwóch zmysłach: słuchu językowym i obserwacji społecznej. Wygląda też na to, że lubi pisać o tym, co jej się nie podoba, bo do przyjemnych, trzeba to od razu zaznaczyć, jej proza nie należy. Jest tylko rok młodsza od Doroty Masłowskiej, kilka lat więcej od debiutującej nie tak dawno Zośki Papużanki – to zastanawiające – zdegustowanie rzeczywistością i bunt wobec zachowań społecznych odciskają ostatnio mocne ślady w polskiej literaturze.

Wyrazem sprzeciwu autorki Wady wymowy jest ekstremalne przerysowanie i ośmieszenie wszelkich możliwych absurdów i głupot codziennego życia. Tak jakby Porczyńska w swoim zestawie do pisania miała tylko odblaskowe flamastry. Spektrum problemów jest naprawdę szerokie – kolejne opowiadania mówią o erotycznych przygodach, damsko-męskich nieporozumieniach, ogarniętych szałem promocji w supermarketach emerytach i emerytkach, wczesnych doświadczeniach inicjacyjnych, wiejskiej mentalności, skrajnie wulgarnym podrywaniu na ulicy, życiu ukraińskiej prostytutki, seks-wczasach w Egipcie tuż przed menopauzą. Na szczególną uwagę zasługuje tekst Pollowanie – w całości, konsekwentnie stylizowany na wiejską gwarę, formalnie utrzymany w konwencji ustnego, ludowego podania wyjaśniającego dlaczego w Polsce mężowie tak często obawiają się własnych żon. Język jest bezlitosny, podkreśla i ośmiesza. Tak, jak na przykład w początkowych zdaniach Dolce Banana, rymowanej bajki z morałem:

Na imię miał Olek, a w schowku złoty Rolek, oto wielki Aleksander – jego blutut i skafander. Poznała go kiedyś z zapałkami dziewczyna, taka do wzięcia i znikąd, genów popłuczyna. Gdy stanął na kopercie, zadrżała pod nią ziemia, kupił jej miesięczny i sukienkę Zienia. Przyniósł piękne kwiaty, maki i nigiri, odłóż te pierogi, zdejm ze stołu giry. Smak surowej ryby jego usta miały, w spodniach twarde klucze, tak się zakochali.

Rym i rytm, zabawa słowami, internetowa lub medialna nowomowa, błędy ortograficzne, wykorzystanie słów o tej samej pisowni, a zupełnie innym znaczeniu, w językach: polskim i angielskim (np. baby- baby, lady – lady), wszystko służy wyostrzeniu. Ta proza wytyka społeczeństwu jego śmieszność, małostkowość, brak komunikacji międzyludzkiej, zerowe zrozumienie potrzeb innych, kosmiczny egocentryzm, zawyżone oczekiwania wobec życia, codzienne samookłamywanie się i mnóstwo innych.

Fałszywy byłby jednak zarzut, że autorce brak wrażliwości lub też, że nie potrafi jej okazać. Odblaskowe flamastry błyszczą na różne sposoby, czasem zaskakująco miękko, choć zawsze mocno, wyraziście:

Chcę powrócić do chwil, kiedy słowa nie miały znaczenia i żadne z nas nie umiało kłamać. Jak mielibyśmy oszukiwać to, co nienazwane, co stawało się dopiero pod ruchem naszych rąk? Tak niedoskonałych w łapaniu chwilowego szczęścia, że wypadało z nich, choć niesione było najszczerszym z pożądań. („Co się stało z Dorotką Graupner”)

Narrator tych opowiadań nie jest wyłącznie od złośliwego wytykania. Potrafi także wzruszyć opisując bezradność i samotność (Płaszcze i znicze, Gen i talia). Wyostrzony zmysł obserwacji nie kieruje się tylko w jedną stronę.

Patologia została sprawnie wyartykułowana. Bawi, cieszy, straszy i śmieszy. I jest trudna do zniesienia w dużych dawkach.

Aleksandra Byrska