Bookeriada

RECENZJA: MAREK TOMALIK, "LADY AUSTRALIA"

Gdybym miała wybrać jedno określenie, podsumowujące „Lady Australia”, powiedziałabym, że to przewodnik. Wprawdzie nie opisuje on dokładnie wszystkich punktów, które sumienny turysta na Antypodach powinien zobaczyć, ale oferuje coś znacznie ważniejszego – wgląd w atmosferę i historię tego miejsca oraz mentalność jego mieszkańców. Stanowi namiastkę Australii takiej, jaką widzi Marek Tomalik. Jego Australia jest niekiedy wręcz groźna, ale przede wszystkim obezwładniająco piękna. „Lady Australia” to bardzo osobisty i jednocześnie ujmujący otwartością zapis jego miłości wobec najmniejszego kontynentu świata.

Na lekturę tej książki warto poświęcić kilka godzin, bo „Lady Australia” to nie tylko pięknie wydany album z wysokiej jakości zdjęciami – to znacznie szerszy projekt, obejmujący dopasowane do każdego rozdziału nagrania różnych wykonawców i fragmenty poezji Williama Blake’a, a także mity i legendy rdzennych Australijczyków. Dobór tła muzycznego i nawiązań nie jest przypadkowy. Każda część została zaopatrzona w krótkie wytłumaczenie, będące zazwyczaj wspomnieniem na temat Australii, spotkanych tam ludzi, konkretnych sytuacji. Muzyka towarzysząca tej książce jest bardzo różnorodna. Wśród proponowanych przez Tomalika wykonawców znajdują się zarówno muzycy związani z kultowym zespołem Nick Cave and the Bad Seeds, Kaczmarski, Satie, odtwórcy aborygeńskich pieśni klanowych, jak i norweska grupa prog metalowa Ulver. Co zaskakujące, ta różnorodność nie tylko nie przekreśla poczucia spójności, ale jeszcze je pogłębia, pozwala lepiej zanurzyć się w Australię ze wspomnień Tomalika.

Jakkolwiek może to zakrawać na paradoks, ten multimodalny projekt odwołuje się także do zmysłu smaku i węchu. Pomiędzy zapiskami dotyczącymi konkretnych wypraw i wydarzeń znajdują się bogate, niezwykle obrazowe wzmianki o egzotycznej faunie i florze Australii, także w kontekście kulinarnym. Za pomocą porównań do wrażeń i aromatów znanych zapewne większości czytelników autorowi udało się zbudować przekonujące wyobrażenia, budzące tęsknotę za odległym kontynentem i jego smakami.

Najsilniejsze pozostaje jednak oddziaływanie na zmysł wzroku. Australia w obiektywie Tomalika jest przede wszystkim niezwykle intensywna. Fotografie wybrane do tej publikacji przedstawiają zwykle fragmenty krajobrazu lub przyrodę, zaskakującą feerią barw i nietypowym dla europejskiego oka ukształtowaniem terenu. Lady A. wydaje się fantasmagoryczną krainą, której piękno zapiera dech w piersiach, lecz niekiedy aż trudno uwierzyć, że ta ziemia może być prawdziwa. Cały projekt książki utrzymuje tę wyrazistą, nasyconą kolorystykę, przywodzącą na myśl rysunki rdzennych Australijczyków na czerwonawych skałach. Do zdjęć Tomalika wraca się kilkakrotnie, przeglądając je zgodnie z kolejnością rozdziałów lub losowo, za każdym razem odkrywając na nich nowy aspekt Australii.

Jedynym dysonansem w tym pięknym, starannie przemyślanym albumie jest język autora. Zbyt często zdarza się, że prowadzona przez niego swobodna gawęda traci swoją płynność na rzecz dygresji. To, co dobrze brzmi mówione w gronie przyjaciół, niekoniecznie sprawdza się w formie książki – także dlatego, że z czytelnikiem trudniej nawiązać osobisty kontakt, trudniej przekonać go o znaczeniu i ciekawości anegdot, gdy brak podłoża w postaci relacji. Nierówny jest także styl. Czasem w obrębie jednego akapitu przechodzi od eleganckiego lub wzniosłego opisu po rubaszny, by nie rzec prostacki humor. Bywają też fragmenty, które, choć w założeniu miały zapewne poruszać, budzą raczej rozbawienie wywołane patosem i rozmachem metafor.

Choć „Lady Australia” to książka, którą się przyjemniej ogląda niż czyta, to długo po odłożeniu jej na półkę czytelnikowi wciąż towarzyszy jedno bardzo ważne wrażenie – poczucie zrozumienia tego kontynentu, odległego geograficznie i kulturowo, znalezienia się bliżej niezwykłej Lady A. Czuję się także w obowiązku ostrzec przed skutkiem ubocznym lektury, a mianowicie specyficznym rodzajem gorączki. Reisefieber gwarantowany. Niekiedy, jak w moim przypadku, wyprzedzający podróż do Australii o kilka miesięcy.

Karolina Łukasik