Naszym zdaniem

Poradnik dla akwizytorów ukryty pod płaszczykiem nauki.

3
Styl i język
3
Treść
6
Okładka
5
Zapach

Nie będę ukrywać – do końca 2017 roku pozostało jeszcze kilka miesięcy, ale póki co „Narratologia” jest dla mnie jego największym książkowym rozczarowaniem. Liczyłam na naukową pozycję, studium technik i narzędzi narracyjnych, coś, co pomoże zrozumieć złożoność reguł narracji, zasad i typów. Dostałam… no właśnie, co dostałam? Nie będzie to zbyt brutalne, gdy powiem, że dostałam poradnik dla akwizytorów.

Na początek kilka słów goryczy w stronę wydawnictwa. PWN zawiodło mnie nie po raz pierwszy w ciągu ostatnich lat. Publikowanie pracy Pawła Tkaczyka pod tytułem „Narratologia” to jedna wielka pomyłka (a to, że sam autor postanowił swoje „dzieło” tak zatytułować, to już inna sprawa, powiedzmy – megalomania). Narratologia jako nauka, która zajmuje się badaniami nad opowiadaniem fabuł, gdyby mogła, powinna się poczuć urażona i żądać od wydawnictwa przeprosin.

Aby wyjaśnić dlaczego tak bardzo uczepiłam się „Narratologii” i co tak bardzo mi się w niej nie podoba, zacznę od przedstawienia osoby autora. Autora, o którym wcześniej nie słyszałam, a którego prześwietliłam sprawdzając notę wydawniczą i jego własną stronę internetową. Tkaczyk sam o sobie mówi, że „zarabia na życie opowiadaniem historii”. Prowadzi wykłady i szkolenia z zakresu budowania marek, komunikacji, budowania wizerunku. Ogólnie zajmuje się marketingiem, czyli, w wolnym tłumaczeniu, manipulowaniem ludźmi. I jak widać marketing ma we krwi, bo nie tylko o tym tak naprawdę jest „Narratologia”, ale też napisana została z wykorzystaniem wszystkich możliwych sztuczek i zagrywek. Nie odebrałam jej jako pozycji naukowej, czy nawet popularnonaukowej, ale jako poradnik dla akwizytorów. Zresztą, może po części takie było zamierzenie autora – bo przecież czytamy na tylnej okładce: „Jeśli zajmujesz się promocją, reklamą, marketingiem, public relations – znajdziesz w niej konkretne wskazówki wspierające komunikację różnych działań”. Skąd w takim razie to nieszczęsne nawiązanie do narratologii? Kto na to wpadł? Wydawnictwo czy autor? Jest mi niezmiernie przykro, ale nie znalazłam w tej książce nic wartościowego z punktu widzenia literata, literaturoznawcy czy językoznawcy. Znalazłam stertę marketingowych anegdotek, doprawionych garstką cytatów sławnych ludzi, okraszonych tak sowicie socjo-kognitywistycznymi technikami, że aż się robi od nich niedobrze. No, chyba że ktoś jest na takie gierki podatny, to może nawet mu się spodoba.

Szata graficzna i sposób wydania to osobny rozdział, niestety równie słaby jak treść czy język. Po pierwsze akapity i światło między nimi. Zrezygnowano z wcięć akapitowych na rzecz światła pomiędzy kolejnymi jednostkami. A jednostki te są bardzo krótkie – zdanie, dwa, z rzadka więcej niż trzy. Gdyby wyeliminować światło, to liczące ledwo ponad 150 stron opracowanie, pewnie skróciłoby się o kilkanaście (a może nawet dwadzieścia parę) stron. Czyta się to fatalnie – skacze się od akapitu do akapitu, które zdają się być zbiorem luźnych myśli, brak jest pomiędzy nimi powiązania. Zamiast porządnego opracowania z zakresu narratologii dostajemy do ręki zbiór frazesów. Poza tym margines. Szeroki, kilkucentymetrowy, idealny dla tych, którzy w czasie lektury chcą robić notatki. Ale tylko na stronach parzystych. W składzie nie przewidziano marginesów lustrzanych, w związku z czym, aby zrobić notatki na stronach nieparzystych trzeba by mocno zdewastować książkę szeroko ją otwierając – a to niesie ze sobą pewne zagrożenia, bo przecież jest klejona.

Sylwia Tomasik