Bookeriada

Recenzja: Takashi Matsuoki, "Chmara wróbli"

Gorętszość japońskiej krwi. Joanna Roś.

Kiedy chcę zachęcić się do zdobywania wiedzy na jakiś temat, szukam współczesnej powieści, mogącej – dzięki zaangażowaniu wyobraźni – wprowadzić mnie w świat, który potrzebuję poznać, i w ten sposób zachęcić do dalszych, już ściśle naukowych poszukiwań. Nie inaczej było w przypadku „Chmary wróbli” Takashiego Matsuoki. W tym roku zdecydowałam się zacząć przygodę z językiem japońskim i.. cóż, Japonia okazała się być mało znanym mi obszarem cywilizacyjnym, w dodatku moje wyobrażenia na jej temat były mocno zabarwione stereotypami czy nawet mitami, których wyplewienie, jak każdy wie, nie jest łatwe. Zapewne każdy racjonalnie myślący czytelnik już po samym opisie książki, widniejącym na jej tylnej okładce, kazał by mi zastanowić się nad wyborem „Chmary wróbli”, jako powieści wprowadzającej w życie samurajów, gejsz i mistrzów zen XIX wiecznej Japonii. Jak się jednak okazało: „Epicka opowieść samurajska z pięknym wątkiem miłosnym” to zbyt uproszczony opis w stosunku do dzieła Matsuokiego, a tendencyjna okładka z samurajskim mieczem i klasztorem w tle daje błędne wrażenie, że lektura ta nie da nam nic ponad to, czego się po niej spodziewamy.

Akcja dzieje się na początku 1861 roku. Jest to okres niezwykle trudny, ale i znaczący dla historii kraju, kiedy Japonia po latach zamknięcia i asymilacji otwiera się na świat, przyjmując w stolicy Edo kupców, podróżników i misjonarzy, przypływających na statkach z wielu stron świata. Jest to oczywiście tylko jeden z powodów powolnego procesu odchodzenia od konserwatywnego przestrzegania tradycji, ale ci, którym taki obrót spraw się nie podoba, są w stanie zrobić wszystko, aby nie dopuścić do wyjścia naprzeciw „obcym”. Kiedy Genji, książę klanu Okumichi i prowincji Akaoka, przyjmuje z gościną i serdecznością trójkę amerykańskich misjonarzy, szef tajnej policji szogunatu, Kawakami, reprezentujący konserwatywne stronnictwo, szykuje się do zemsty na klanie Okumichi. Nie przypuszcza jednak, że plotka, jakoby wróg był obdarzony darem jasnowidzenia, okaże się prawdą, komplikując precyzyjnie obmyślony zamach na życie Genji, w którym zadanie wykonania wyroku zostało powierzone największej miłości księcia, a zarazem wychowance ninja…. Książę wraz ze legendarnym stryjem, służącymi mu wojownikami i cudzoziemcami rusza na obronę rodowego zamku klanu – tytułowej „Chmary wróbli”…

Jednak pośród szybko zmieniającej się akcji, powieść równocześnie zatrzymuje, ponieważ każe myśleć, dziwić się i zastanawiać nie tylko nad biegiem wydarzeń, który mimo dynamizmu i narracji, przeskakującej po różnie rozumianym „czasie” życia bohaterów, jest zrozumiały, nie tylko nad charakterami postaci, posiadającymi bardzo żywe, czytelne cechy ale nad istotnymi aspektami życia każdego człowieka, takimi jak godność, śmierć i wiara. Zderzenie z kulturą Japonii, gdzie te trzy, nieprzypadkowo wymienione przeze mnie aspekty kształtowały ówczesny „kodeks dnia codziennego”, każe głęboko zastanowić się nad ignoranckim i wręcz egoistycznym komentowaniem stylu życia i rozumienia samej egzystencji przez cywilizacje inne niż europejska. Ktoś mógłby mi zarzucić, jakim prawem mówię tutaj o egoizmie, skoro bohaterami powieści są samuraje, częstokroć zadający brutalną śmierć nie tylko sobie nawzajem, ale i ludziom niezwiązanym z ich fachem, jedynie stojącym ku czemuś na drodze. Spotkałam się z opiniami, że z racji drastycznych nieraz opisów zachowań ludzkich „Chmara wróbli” nie jest odpowiednią pozycją dla osób wrażliwych. Nic podobnego. To właśnie dzięki temu, że autor ukazuje specyficzne podejście do tematu śmierci, obecne w kulturze wschodu, potęgując je dodatkowo pozornie komiczną i dowcipną narracją, rozważny czytelnik odnajdzie powód do zastanowienia, czy rzeczywiście jest to świat tak diametralnie różny od tego, który jest mu znany, czy uprzedzenia w stosunku do Japonii samurajów i gejsz nie wynikają przypadkiem z przeczucia, że klasyfikowanie kultur jako „złe” i „dobre” jest oznaką obawy… Jeżeli już miałabym doradzać rozwagę przed sięgnięciem po tę pozycję, apelowałabym raczej do poszerzenia pola widzenia czytelnika podczas lektury, przez co rozumiem pilnowanie, aby każdemu wydarzeniu, jakie się w niej rozgrywa, towarzyszyły przynajmniej trzy odnośniki w naszej interpretacji pamięć o czasie akcji, o miejscu akcji oraz rozumienie źródła własnych reakcji na pewne, prezentowane tam treści, odzwierciedlające tradycje społeczeństwa japońskiego. Ponieważ, jak sądzę, nie sposób pragnąć zrozumieć fenomenów innej kultury, nie znając źródeł i uwarunkowań własnej.

Na koniec pragnę postawić tezę, mającą być zachętą do sięgnięcia po tę pozycję, szczególnie przez zainteresowanych kwestią sztuki i estetyki japońskiej, ponieważ jak sądzę: autor nieświadomie nakierował czytelników na wspaniałą recenzję swojego dzieła, w którym każdy rozdział poprzedzony jest odpowiednim cytatem z tajemniczej księgi Suzume- no kumo… Jako motto rozdziału jedenastego, czytamy: „Ze strategicznego punktu widzenia żałuję, oczywiście, przegranej bitwy. Klęska nigdy nie jest łatwa do przyjęcia. Nie mogę jednak powstrzymać się od myśli, że pod względem estetycznym wynik był olśniewający. Biel cicho padającego śniegu. Czerwień przelanej krwi. Czyż kiedykolwiek biel była bielsza, a czerwień czerwieńsza, zimniejszy śnieg i gorętsza krew?” Takashi Matsuoka wyjątkowo precyzyjnym pędzlem namalował białość śniegu, czerwoność czerwieni i gorętszość japońskiej krwi…

Joanna Roś