Bookeriada

Recenzja: Yoss, "Siedem grzechów kubańskich"

Taka jest babcia, czasami ja rozumiem, stara, pół ślepa, ledwo chodzi, jedyne, co jej zostaje, to jedzenie. I dlatego Anne, Christine i mama umówiły się z Danielem, że zrobią jej niespodziankę na urodziny, które były wczoraj (…) Warto było, bo babcia się śmiała, łzy napłynęły jej do oczu i jestem pewien, że gdyby od razu nie zabrała się za jedzenie, wybuchnęłaby płaczem” – pisze Yoss.

Czytając jego słowa, nie mogłam odepchnąć sprzed oczu obrazu innej starszej damy, która wprawdzie nie tęskni za dawną Kubą i nie opycha się słodyczami, co prowadzi do tragicznego finału, ale ma swoje własną, polsko – austriacką zaborczość:

„Ale babci trzeba było ustępować. Mówili o niej wszyscy: „Ach, jaka ona musiała być dawniej piękna!…” Zresztą babcia i teraz jeszcze była bardzo piękna. Chodziła ogromnie szybko a trzymała się prosto i nic jej nie mogło tak zagniewać, jak to, że któryś z nas się garbił.

Jeśli nawet nie wszyscy teoretycy literatury, to w każdym razie wszyscy bez wyjątku czytelnicy zgodzą się co do tego, że czasami recepcja książki nijak się ma do jej osadzenia historycznego i społecznego – jedna z historii zawartych w zbiorze, którą odczytamy wbrew sobie – wbrew czasom i kierunkom świata, jest w stanie zdeterminować nasze oczekiwania co do reszty twórczości poznawanego pisarza. Oczywiście, to sytuacje nie tylko dziwne i powszechne, ale także wstydliwe, szczególnie dla tych, którzy ośmielają się dzielić swoimi wrażeniami z lektury. A sytuacja, w której opowiadanie, gdzie wydarzenia rozgrywają się na Kubie około lat dziewięćdziesiątych, pełnej sfrustrowanych i zagubionych mieszkańców Hawany, zawierającej obraz świata, który – jak wskazują polscy recenzenci – powinien mówić wiele Polakom, „którzy nie tak dawno pożegnali się ze smutnym komunizmem”, przypomina inne, osadzone przed… pierwszą wojną światową opowiadanie Zygmunta Nowakowskiego Miska soczewicy, może wcale nie być apogeum dziwności.

Postać dominującej babki (a tym bardziej dość sprzeczne, choć wciąż kulinarne tytuły) nie wydaje mi się zresztą tym, co najbardziej przesądziło o moim tak mało „kulturowym” odczytaniu tego niesamowitego, małego dzieła, jakim jest Czekoladowe sto lat autorstwa Yossa, zamieszczonego w zbiorze Siedem grzechów kubańskich. Bardziej znaczącego powodu upatruję w określonym modelu narracyjnym, który stosują obaj wspominani pisarze – wywołuje on podobne wzbudzenie zaufania odbiorcy i efekt realności.

Yossa pisze nawet: Tę historię znam ze słyszenia. Jej bohater opowiedział ją mojemu przyjacielowi, a on mnie, jest zatem prawdziwa. Ale czy to ważne?

Cóż, okazuje się, że tak – ta opowieść, mająca charakter emocjonalnej relacji odwołującej się do prywatnych wspomnień i aktualnych przeżyć, uwiarygadnia prezentowaną historię tak mocno, że sama wiarygodność może tu pozostać treścią fabuły, a przynajmniej takie spostrzeżenie wynika z mojej lektury.

Nie chcę przez to powiedzieć, że w Siedmiu grzechach kubańskich nie odnajdziemy tego, co w stosunku do treści literatury, powszechnie (i czasami bezmyślnie) określa się „uniwersalnością i ponadczasowością”, niewykluczającą faktu, że treść ta może być umieszczona mocno w konkretnych realiach, konkretnego kraju. Nie mogę zaprzeczyć, że do pewnego stopnia można nałożyć kalkę tych opowieści na świat nas otaczający, na rzeczywistość polską.

Zachęcić do lektury tomu chciałabym jednak przekornie – nie dla jej „sugestywności społeczno – kulturowej”, ale przede wszystkim dla jej języka i formy, które – przy całym uznaniu dla misternie skonstruowanej fabuły i obrazu Kuby z niej się wyłaniającej – mogą zostać zepchnięte na boczny plan, właśnie przez nią samą i okoliczności ukazania się książki (nie została ona nigdy wydana na Kubie, a oryginał zaginął).

Miska soczewicy na jednym stole z Czekoladowym sto lat przekonują mnie, że proza Yossa może stać się przedmiotem wielu ciekawych spostrzeżeń, związanych nie tylko z jej językiem i jego witalnością, ale z językiem i pamięcią języka w ogóle, i że życie toczy się zwykłym torem, jak powiedział wielki filozof Julio Iglesias i przy niewielkiej pomocy przyjaciół, jak powiedziałby wielki filozof Ringo Starr.

Joanna Roś