Bookeriada

Z książką przez świat: Porto, Portugalia i samotność

Do Portugalii miałam jechać stopem. Właśnie skończyłam Camino de Fisterra, była połowa marca. To była nasza ostatnia wspólna noc: nad oceanem rozbiliśmy namiot, rozpaliliśmy ognisko, otworzyliśmy wino. Jorge chwycił gitarę, Jeremy wyciągnął harmonijkę, Alvaro do pustej butelki wrzucił kilka kamyków i zaczął wystukiwać rytm.
– To co, mówiłaś coś o Porto? – popatrzył się na mnie Jeremy z blaskiem w oku. – Jutro?
Zanim zaczęło świtać, wróciliśmy do Santiago. Wyszliśmy na wylotówkę i na szarym kartonie napisaliśmy czarnym, grubym markerem „Portugal”.

To ten język, zaczyna swoją książkę Iza Klementowska. Portugalski ujmuje, zaczarowuje, czasami sobie pogrywa. A ludzie są gadatliwi, dzisiaj mówią głośno. Jest więc czego słuchać, jest więc czemu się przysłuchiwać.

Miesiąc wcześniej, spod francuskiej granicy zaczynałam Camino de Santiago. W moim plecaku, obok oszczędnie spakowanych podkoszulków, podróżowały zupełnie nieoszczędnie spakowane książki, sztuki bowiem trzy, kilo dwieście. „Samotność Portugalczyka” poszła na pierwszy ogień; jak tu w końcu iść w kierunku państwa, o którym nie wie się nic?

Antonio de Oliveira Salazar, nazwisko, którego wcześniej nie znałam. Na historii mówiło się o dyktaturze generała Franco, ale o Salazarze? Portugalia, zaraz po temacie wielkich odkryć geograficznych, pozostała w cieniu Europy, schowała się za wielką Hiszpanię. Małe państwo na końcu kontynentu, którego historia jest wystarczająco bujna, by zapełnić po brzegi podręczniki do historii: hiszpańska inkwizycja, Rewolucja Francuska, Imperium Rosyjskie, druga wojna światowa, żelazna kurtyna.

Kim więc był Salazar, wielki dyktator małej-dużej kolonialnej Portugalii? Co jadał, kto mu gotował, jak się ubierał. Czego bali się ludzie? Dlaczego nie rozmawiali? Dlaczego Portugalczyk, wbrew swoim krzykliwym południowym genom nie mówił głośno ani w kawiarni, ani w parku, dlaczego nie rozmawiał w domu?

Cztery lata temu pod Lizboną spędziłam ponad tydzień. Oprócz regularnej degustacji win, które były tanie i dobre (co też dla mojej osiemnastoletniej osoby było wystarczającym powodem, by Portugalię polubić), leniwych spacerów po brzegu Tagu i setek imigrantów sprzedających na ulicach hasz i zieloną herbatę pod turystyczną nazwą marihuana, pamiętam też czerwone flagi z sierpem i młotem, które, dla osiemnastoletniej mnie były odległym elementem przestrzeni publicznej, któremu, jak też myślałam, bliżej było ulicom Białorusi, niż Portugalii. Słowem: po Zachodzie komunizmu się nie spodziewałam.

Tymczasem Portugalska Partia Komunistyczna to spora część historii dwudziestowiecznej, ale i obecnej Portugalii. To przewroty, sprzeciw dyktaturze i polityce kolonialnej, po części i Rewolucja goździków.
Imigranci to spadek po kolonialnej przeszłości Portugalii: większość przyjeżdża z Angoli, Gwinei Bissau czy Mozambiku, choć są i tacy, którzy przyjeżdżają z jeszcze dalszych zakątków świata. Przyjeżdżają i szukają lepszego życia. Czy je znajdują? Jak żyje się w czarnych gettach na obrzeżach Lizbony? Jak żyje się tam, gdzie turystom mówi się, by się nie zapuszczali i gdzie rodzimi Portugalczycy wolą nie wchodzić?

Dlaczego samotność? Dlaczego Portugalczyk, zarówno ten biały jak i czarny, jest osamotniony: ze swoją historią, z historią swojego państwa, z samym sobą? Jakimi ludźmi są Portugalczycy? Czy tak samo jak w Polsce, gdzie komunizm zostawił wciąż widoczny odcisk na naszej tożsamości, czy tak jak reżim generała Franco odbił się na hiszpańskiej mentalności, czy tak samo lata wymuszonej ciszy i stłumionych głosów zamknęły naród portugalski w sobie?

Pytania. Chłonęłam „Samotność Portugalczyka” każdego popołudnia odpoczywając opatulona w śpiwór w kolejnych i kolejnych schroniskach mojej ponad siedemsetkilometrowej trasy. Każdego dnia do Portugalii zbliżałam się fizycznie, ale i mentalnie – czytając historie zwykłych Portugalczyków. Z każdym rozdziałem Portugalia intrygowała mnie coraz bardziej, coraz bardziej chciałam znów przekroczyć jej granicę, jednak tym razem z pełną świadomością.

Po siedmiu godzinach na wylotówce poddaliśmy się. Siedem godzin! Jeszcze kilka dni temu w tym czasie przeszlibyśmy trzydzieści pięć kilometrów. Mieliśmy dość stagnacji, potrzebowaliśmy ruchu – wróciliśmy na dworzec kolejowy i wsiedliśmy w pierwszy odjeżdżający pociąg. Dojechaliśmy do A Corunii – nie udało nam się uciec od Hiszpanii, nie udało nam się uciec od skalistego brzegu oceanu. Chwilę się powłóczymy, pomyśleliśmy, a potem, kto wie, może i do Porto w końcu jakoś dotrzemy.

Joanna Broniewska