Bookeriada

Wywiad: Zbrodnia na wulkanicznym archipelagu. Rozmowa z Ove Løgmansbø

O Wyspach Owczych, niebanalnych okolicznościach powstania powieści, o literaturze kryminalnej i czytelnictwie w Skandynawii rozmawiam z autorem debiutanckiej powieści „Enklawa”, Ove Løgmansbø.

Ove Løgmansbø ur. 1975 w Tórshavn. Dzieciństwo spędził na Wyspach Owczych. Jego matka jest Polką, a ojciec rodowitym Farerem. Biegle posługuje się językiem polskim. Zanim rozpoczął prace nad „Enklawą”, rozważał, w jakim języku ją wydać. Zdecydował się na polski, ponieważ na wyspach publikuje się niewiele, a rynek jest zdominowany przez autorów zagranicznych. Poza pisaniem Løgmansbø zajmuje się projektowaniem grafiki. Pracuje jako wolny strzelec, co pozwala mu dzielić czas między Polskę a Wyspy Owcze. Autor uznał, że opublikowane wraz z wywiadem zdjęcia krajobrazu Wysp Owczych pozwolą lepiej wczuć się w klimat powieści.

Odwiedź profil Autora na Facebooku i przeczytaj fragment „Enklawy”  (książka ukaże się 16 marca 2016 roku). 

Kiedy Pan odkrył, że chce napisać powieść? Czy było to jakieś wieloletnie dojrzewanie do pomysłu, czy niespodziewany impuls?

Biorąc pod uwagę tematykę książki, może zabrzmieć to niepokojąco, ale był to impuls po kłótni z żoną. Trzasnąłem drzwiami, wyszedłem na spacer po porcie i przez jakiś czas po prostu włóczyłem się we mgle. Daleko mi było do snucia morderczych myśli, ale usiadłem na pirsie i musiałem czymś zająć umysł. Przemknęło mi przez głowę, że zamartwiam się błahostkami, że wszyscy robimy to na co dzień, podczas gdy tak naprawdę nic złego się u nas nie dzieje. Gorzej byłoby, gdyby w tej mgle ktoś nagle zaginął bez śladu…

Dlaczego napisał Pan właśnie kryminał, a nie inny gatunek literacki?

Ponieważ naczytałem się kryminałów. Kiedy byłem dzieckiem, w domu czytało się w zasadzie jedynie powieści Johna le Carrégo, Conan Doyle’a, Agathy Christie czy Allana Poe’go. Sam później sięgałem po Chandlera, Mankella, Nesbø i innych, którzy poruszali się w klimacie noir.

Akcja Pana debiutanckiej powieści „Enklawa” rozgrywa się w idyllicznej na pierwszy rzut oka scenerii Wysp Owczych – jednego z najbezpieczniejszych miejsc na świecie. Co w Pana ocenie jest fascynującego w małych zamkniętych społecznościach?

Ich niedostępność dla obcych. Choćby ktoś spędził długie lata w niewielkiej, zamkniętej społeczności, nigdy do końca jej nie spenetruje. To kwestia urodzenia. Coś, na co nikt z nas nie ma wpływu. Fascynujące jest to, co nami kieruje, że tak bardzo zamykamy się wokół siebie. Nie znajduję na to odpowiedzi, być może nigdy nie znajdę.

Pana książka imponuje rzetelną wiedzą kryminalistyczną oraz zgłębieniem zagadnień profilowania kryminalnego. To efekt Pana osobistych zainteresowań czy wnikliwych badań przed napisaniem książki?

Po części badań, po części zainteresowań. Ogólną wiedzę wyniosłem z lektur takich specjalistów, jak Jørn Lier Horst, który był policjantem, czy Leif G. W. Persson, który jest kryminologiem. Czytanie ich książek było jednakże tylko rozrywką, podczas gdy prawdziwa praca zaczęła się dopiero, kiedy sięgnąłem po literaturę fachową.

(fot. Hans J. Hansen)

W „Enklawie” porusza Pan między innymi zagadnienie zespołu stresu pourazowego dotykającego często wojskowych wracających z misji. Skąd u Pana taka problematyka?

W mojej rodzinie była jedna osoba, która nie czytała literatury kryminalnej. Mój wuj. Mimo że był molem książkowym, zawsze omijał tematykę, ponieważ twierdził, że służba w wojsku w zupełności wystarczała mu, żeby mieć koszmary. Właściwie nie uczestniczył nigdy w żadnych działaniach zbrojnych, nigdy nie wyjechał na misję. Samo szkolenie, a potem funkcjonowanie w tym świecie, wystarczyły, by przeszłość odcisnęła piętno na jego przyszłości. Swego czasu wolałem więc nawet nie myśleć, co muszą czuć ci, którzy wrócili z trudnych misji. Podczas pisania „Enklawy” postanowiłem jednak się nad tym głęboko zastanowić…

W Pana debiutanckiej powieści można również odnaleźć sporo aluzji do mediów społecznościowych i ich wpływu na przemiany w komunikowaniu się. Jaka intencja przyświecała Panu w przywołaniu tego zagadnienia?

Chciałem pokazać, że w miejscach takich jak Vestmanna wirtualny świat staje się nam bliższy niż realny. Dzieci wracają ze szkoły i natychmiast zamykają się w swoich czterech ścianach, oddychając z ulgą, że w końcu są w domu – ale pod tym pojęciem rozumieją zupełnie co innego niż ich rodzice.

Nie jesteśmy bez winy. Sami daliśmy im przykład, kiedy kilkanaście lat temu zachłysnęliśmy się możliwościami, jakie dawał nam Internet. Dziś sam nie wyobrażam sobie, by rozpocząć dzień bez przejrzenia portali informacyjnych.

W „Enklawie” w bardzo zajmujący sposób przemyca Pan zagadnienia związane z relacjami między Danią a Wyspami Owczymi oraz odwołuje się Pan do prób zwiększenia autonomii archipelagu. Jaka jest Pana osobista opinia w tej kwestii?

Wszyscy chcielibyśmy żyć w niezależnym państwie. Trzeba jednak rozgraniczyć sferę ideologii od sfery pragmatycznej. Wyspy Owcze poradziłyby sobie politycznie bez trudu, ale ekonomicznie? Jesteśmy w dużej mierze zależni od Danii, nie mamy żadnej gałęzi gospodarki, która stanowiłaby koło zamachowe naszego rozwoju. Od lat mówi się, że w końcu trafimy na złoża ropy naftowej na wodach przybrzeżnych i wszystko się zmieni. Obawiam się jednak, że będzie się tak mówiło jeszcze przez wiele lat…

Czy ma Pan twórców, na których się wzoruje albo których szczególnie podziwia? Jakie książki Pana ukształtowały i wywarły największe wrażenie?

W młodości duże wrażenie robiły na mnie kryminały z gatunku hardboiled – mroczne, cyniczne, w pewnym sensie jednak romantyczne dzieła Chandlera, Jamesa M. Caina czy Jima Thompsona. Z bliższych mi kulturowo autorów najbardziej cenię nieodżałowanego Henninga Mankella, bezkompromisowego Jo Nesbø czy łączącego obyczaj z kryminałem Håkana Nessera. Chętnie sięgam także po Camillę Läckberg, szczególnie kiedy mam ochotę na nieco więcej romantyzmu, a mniej zbrodni.

Dzieli Pan czas między Polskę a Wyspy Owcze. Do którego z tych miejsc jest Panu bliżej mentalnie?

Do Wysp Owczych, tam się urodziłem i tam najgłębiej wrosły moje korzenie. Za każdym razem jednak, kiedy opuszczam Polskę, towarzyszy mi poczucie nostalgii. Najchętniej skurczyłbym trochę dzielącą nas odległość… albo namówił kilku tańszych przewoźników, by zainteresowali się regularnymi rejsami z Polski na Vágar.

W Polsce od pewnego czasu toczy się debata na temat niezadowalającego poziomu czytelnictwa. W Skandynawii czytanie jest czymś powszechnym, a literatura wywodząca się z tego regionu od dawna podbija świat. Jakie są Pana przemyślenia na ten temat?

Rzeczywiście coś jest na rzeczy, szczególnie jeśli chodzi o kryminały. W Szwecji mieszka ponad dziewięć i pół miliona osób, a debiut Camilli Läckberg w tym kraju rozszedł się w nakładzie czterech milionów egzemplarzy. Na terenach miejskich trudno spotkać kogoś, kto nie ma w domu jej książki. Z czego to wynika, trudno powiedzieć. Znacznie łatwiej mi przeanalizować sytuację na Wyspach Owczych – nie mamy dużych nakładów, rynek jest niewielki, ale czytanie zawsze było czymś, co… pasowało do naszego stylu życia. Szczególnie, gdy nie było Internetu czy telewizji satelitarnej, stanowiło to dla wielu okno na świat. Zresztą powiedzmy sobie wprost: czy jest lepszy sposób spędzania wieczorów na wulkanicznym archipelagu od czytania?

(fot. Stig Nygaard)

I ostatnie pytanie: Dlaczego warto odwiedzić Wyspy Owcze?

Ponieważ niewiele jest tak pięknych, tak nieskalanych działalnością człowieka miejsc na świecie. W dodatku jeśli ktoś czuje sentyment do krajobrazów, które znamy ze świata Tolkienowskiego, z pewnością idealnie odnajdzie się na Wyspach Owczych. Przypuszczam nawet, że będzie zaskoczony tym, że takie miejsca istnieją w rzeczywistości.

Jest jednak jeszcze jeden powód, dla którego warto odwiedzić na przykład Vestmannę. Po lekturze „Enklawy” można przejść wijącymi się po stokach ulicami, którymi chodzili Hallbjørn i Katrine, zajrzeć do „Bryggjana”, podejść nad jezioro Lómundaroyn czy zobaczyć nasze słynne klify…

Bardzo dziękuję za rozmowę i życzę „Enklawie” wielu czytelników.

Dziękuję również.

Rozmawiała: Ewelina Tondys

Zdjęcie główne: Stig Nygaard.