Po dziesięciu latach wróciłam do “Imienia róży”. Czytałam tę książkę, gdy miałam 16 lat, jako uzupełnienie filmu, który zawsze wydawał mi się świetny. Wtedy też mój świat wywrócił się o 180 stopni Celsjusza. Umberto Eco stał się moim bohaterem, Adso i Wilhelm dwiema najbardziej sympatycznymi postaciami literackiego świata. Wtedy też napisałam jedno ze swoich pierwszych opowiadań, którego akcja umiejscowiona była w średniowiecznym klasztorze. Czułam niedosyt, bo wiedziałam, jak daleko jest mojemu bohaterowi do przenikliwości Wilhelma, niemniej jednak byłam z niego dumna, bo zauważył zerwany rzemień przy sandale i w ten sposób pogrążył mordercę. Od tamtej pory wielokrotnie czytałam fragmenty, wracałam do filmu. Kilka dni temu znowu mnie naszło. Ale dzisiaj czytam “Imię róży” w inny sposób.

Na studiach bibliotekoznawczych miałam okazję zapoznać się z zagadnieniami semiotyki i semiologii. Oczywiście, największym autorytetem w tej dziedzinie jest Umberto Eco. Dlatego też czytając po raz drugi “Imię róży”, będąc już czytelnikiem świadomym, wiedzącym jak wiele ukrytych treści zawarł w powieści autor, postanowiłam dać z siebie wszystko, czytać dogłębnie, poszukiwać, sięgać do innych źródeł, sprawdzać znaczenie motywów, symboli, liczb, przestrzeni, postaci. Szybko dowiedziałam się, że 10 lat temu umknęło mi nie tylko to, co ukryte, ale także to, co znajduje się na wierzchu. Nie było dla mnie nowością to, że Eco posłużył się kilkoma motywami typowymi dla powieści kryminalnej i skorzystał ze sławy jednego z literackich detektywów tworząc swojego bohatera – Wilhelma z Baskerville. Dopóki jednak nie zagłębiłam się w “Imię róży” nie wiedziałam, jak wiele Wilhelm zawdzięcza Sherlockowi. Mogłabym w tym miejscu opowiedzieć o tym, co łączy tych dwóch detektywów, ale historia Wilhelma nie zaczyna się pod piórem Artura Conan Doyle’a, ale jeszcze kilka dziesięcioleci wcześniej, nie w Anglii, ale w Stanach Zjednoczonych.

Artur Conan Doyle uchodzi za jednego z największych twórców kryminałów w historii tego gatunku. Przez wielu jest wręcz uważany za jego ojca, za człowieka, który wypracował funkcjonujący przez wiele lat ideał detektywa. Sam jednak niewiele by prawdopodobnie osiągnął, gdyby nie opierał się na literackich dokonaniach Edgara Allana Poe, do czego z resztą się nie przyznawał uznając, że jego bohater, Sherlock Holmes, posiada o wiele większe zdolności analityczne aniżeli bohater Poego, August Dupin. Mamy więc do czynienia z łańcuszkiem: Dupin – Holmes – Wilhelm. Co łączy tych detektywów? Jakie cechy wspólne wykazują? Przytoczę kilka cytatów, które ilustrują odpowiedzi na te pytania.

Zacznę od chwil pewnego rodzaju “epizodów”, które dotyczyły wszystkich detektywów bez wyjątku. Poe pisał w “Zabójstwie przy Rue Morgue” o Dupinie w ten sposób:

Tymczasem Dupin mówił dalej, jak gdyby sam do siebie. Napomknąłem już o jego roztargnieniu w podobnych chwilach. Zwracał swe słowa do mnie, ale głos jego, acz bynajmniej nie donośny, miał tę intonację, jakiej używa się zazwyczaj mówiąc do kogoś na znaczną odległość. Oczy jego straciły wyraz i patrzyły tylko na ścianę. “Zabójstwo przy Rue Morgue”, E.A. Poe

Podobne spostrzeżenia na temat detektywa zawarte zostały w dalszych częściach opowiadania:

W podobnych chwilach zastanawiała mnie i napełniała podziwem osobliwsza zdolność analityczna Dupina, aczkolwiek znając już jego szczodry idealizm, mogłem jej po nim się spodziewać. Zdawało się, iż wykazywanie jej – jeżeli nawet nie popisywanie się nią – sprawiało mu jakąś żywą rozkosz, której zresztą nie taił i przyznawał się otwarcie, że jest pod jej urokiem. Chełpił się przede mną głosem, w którym odzywał się poszmer radosnego śmiechu, iż większość ludzi miewa dla niego w swych piersiach okienka, i miał zwyczaj stwierdzać prawdziwość swoich słów bezpośrednimi zdumiewającymi dowodami dokładnej znajomości mej własnej natury. Zachowanie się jego w takich chwilach bywało oziębłe i roztargnione; oczy pozbywały się wyrazu; piękny, tenorowy jego głos przedzierzgał się w dyszkant i byłby się stawał niemal wyzywający, gdyby nie posiadał akcentu rozwagi tudzież ogromnej wyrazistości wysłowienia.

Takie same chwile osłupienia dawało się zaobserwować w przypadku Sherlocka Holmesa. Stany te Arthur Conan Doyle opisywał w następujący sposób:

Gdy miał zapał do pracy, nie było bardziej energicznego człowieka niż on. Od czasu do czasu jednak popadał w zupełnie inny nastrój, a wtedy przez wiele dni leżał w salonie na sobie, prawie się od mnie nie odzywając i w ogóle nie wstając – i tak od rana do nocy. […] Oczy miał bystre i przenikliwe – z wyjątkiem tych sytuacji, gdy popadał w odrętwienie, o którym już wspominałem […]. “Studium w szkarłacie” A.C. Doyle

Zdziwiłby się ten, kto myśli, że na tym koniec analogii względem uczucia odrętwienia, bowiem spotykamy się z nim również w “Imieniu róży”. Zaznaczyć w tym miejscu należy, że o ile w przypadku Sherlocka Holmesa daje się zauważyć po prostu podobieństwo do Augusta Dupina, o tyle opis brata Wilhelma, przygotowany przez Eco, wyraźnie pokazuje, jak bardzo autor ten był zafascynowany największym detektywem literackiego świata. Czytamy bowiem w jego powieści:

W chwilach czynnych wydawało się, że ma niewyczerpane zasoby sił. Ale od czasu do czasu jego ducha życia zaszywał się gdzieś niby rak, mojego mistrza opanowywała apatia i widziałem, jak godzinami tkwił w celi, z nieruchomą twarzą, nie wstając z posłania, ledwie wypowiadając jakieś monosylaby. W takich chwilach jego oczy wyrażały pustkę i nieobecność; mógłbym podejrzewać, że jest pod działaniem jakiejś roślinnej substancji sprowadzającej wizje, gdyby oczywisty umiar, który rządził jego życiem , nie skłonił mnie do odrzucenia tej myśli. Nie kryję jednak, że w czasie podróży zatrzymywał się czasem na skraju łąki lub lasu, by zerwać jakieś ziele (mniemam zawsze to samo), i zaczynał je żuć w skupieniu. Trochę ziela miał zawsze przy sobie i spożywał w momentach największego napięcia […]. “Imię róży” U. Eco

O ile w przypadku dobrodusznego franciszkanina skłonność do spożywania stymulujących umysł substancji może dziwić, o tyle nie jest ona już tak bardzo szokująca w przypadku Sherlocka Holmesa. Czasy jego świetności przypadają na okres popularności narkotyków, w szczególności zaś morfiny, jako katalizatora uruchamiającego na co dzień nie używane sektory mózgu. Nic zatem dziwnego w tym, że poszukujący ciągle nowych stymulatorów Holmes, również ulegał narkotykowej pokusie:

Sherlock Holmes sięgnął po buteleczkę stojącą na gzymsie kominka, a następnie wyjął z ładnego futerału wykonanego z marokańskiej skóry strzykawkę. Długimi bladymi nerwowymi palcami osadził na nią delikatną igłę i podwinął mankiet lewego rękawa. Przez krótką chwilę wpatrywał się w zadumie w swoje żylaste przedramię i nadgarstek, poznaczone bliznami po niezliczonych nakłuciach. Wreszcie wbił sobie igłę w rękę, nacisnął tłoczek strzykawki i z przeciągłym westchnieniem zadowolenia zagłębił się w obitym aksamitem fotelu. “Znak czterech” A.C. Doyle

Hołd oddany przez Umberto Eco Arthurowi Conanowi Doyle’owi niezwykle mocno uwydatnia się we fragmencie poświęconym cechom fizycznym średniowiecznego detektywa, który to fragment wydaje się być niemalże kalką opisu Sherlocka Holmesa. Porównajmy:

Sam jego wygląd przykułby uwagę nawet najbardziej nieuważnego obserwatora. Miał ponad sześć stóp wzrostu, a ponieważ był przy tym strasznie chudy, wydawał się jeszcze wyższym. Oczy miał bystre i przenikliwe – z wyjątkiem tych sytuacji, gdy popadał w odrętwienie, o którym już wspomniałem – a cienki jastrzębi nos nadawał jego twarzy wyraz czujności i zdecydowania. To wrażenie potęgował również wydatny podbródek. “Studium w szkarłacie” A.C. Doyle

Tak więc wygląd zewnętrzny brata Wilhelma przyciągał uwagę nawet najbardziej roztargnionego obserwatora. Postawą górował nad zwykłymi ludźmi, a był tak chudy że zdawał się jeszcze wyższy. Spojrzenie miał bystre i przenikliwe; ostry i odrobinę zadarty nos dawał jego obliczu wyraz cechujący człowieka czujnego, poza chwilami odrętwienia, o których jeszcze powiem. Podbródek świadczył o niewzruszonej woli, chociaż jednocześnie twarz wydłużona i pokryta piegami – jakie często widziałem u ludzi urodzonych między Hibernią a Nortumbrią – mogła czasem wyrażać niepewność i zakłopotanie. “Imię róży” U. Eco

Zarówno brat Wilhelm, jak i Sherlock Holmes, charakteryzują się jeszcze jedną cechą, tym razem nabytą, którą należy interpretować jako element opisu ludzi, którzy poprzez pracę manualną doprowadzają do wzniesienia na wyżyny swoje zdolności umysłowe. Obaj ci detektywi nie poprzestają na zawierzaniu rzeczywistości, którą widzą, obaj samodzielnie kształtują swoją wiedzę, o czym świadczą… pobrudzone dłonie:

W opactwie zawsze widziałem go z dłońmi pokrytymi pyłem ksiąg, złotem niewyschniętych jeszcze miniatur, żółtawymi substancjami, których dotykał w szpitalu Seweryna. “Imię róży” U. Eco

Jego ręce były zawsze poplamione atramentem i chemikaliami, ale on posiadał zdolność niezwykle delikatnie obchodzić się z przedmiotami. “Studium w szkarłacie” A.C. Doyle

Przytoczone przeze mnie fragmenty sugerują jedynie pewien łańcuszek, niewątpliwie bardzo uproszczony. Trzeba być jednak świadomym tego, że dziedzictwo Poego pozostaje wciąż żywe i prawdopodobnie zagadką pozostanie to, w ilu literackich dziełach bohater powiela schematy utarte przez Dupina. Nie pozostaje nic innego, jak tylko szukać. Kto wie, ile jeszcze razy natknę się na jakiegoś Holmesa czy Wilhelma w nowej postaci?

Sylwia Tomasik

Wykorzystana fotografia: Julo, Wikipedia.