Mały Rynek zwykle kojarzy się jako przedsionek Rynku Głównego, ale tym razem postanowiłyśmy na chwilę się tam zatrzymać. Oto co odkryłyśmy: wystarczy przejść przez bramę, by znaleźć się [prawie] w Hiszpanii! Spotkałyśmy tam sympatyczną Panią Weronikę Ignas-Madej, która opowiedziała nam o samej księgarni, a także poruszyła wiele innych tematów. Na samym końcu – niespodzianka dla Czytelników Bookeriady 🙂

Alicja Sikora: Znajdujemy się właśnie w Księgarni Hiszpańskiej na krakowskim Małym Rynku. Czy mogłaby Pani w kilku słowach przybliżyć nam historię tego miejsca?

Weronika Ignas-Madej: Księgarnia Hiszpańska mieści w swoich murach także drugą księgarnię, podróżniczą. Ta pierwsza powstała ponad 10 lat temu i jest filią warszawskiej księgarni-matki, która z kolei istnieje od 17 lat – mniej więcej wtedy na polskim rynku pojawiło się zapotrzebowanie na hiszpańskie podręczniki. Potem, wraz z ekspansją języka hiszpańskiego, warszawska księgarnia poszerzyła swój asortyment o literaturę, książki o kulturze, języku i sztuce hiszpańskiej i w końcu postanowiła zrobić desant na Kraków.

AS: Słusznie! (śmiech)

WIM: Słusznie, wiązało się to również z paroma innymi wydarzeniami w Krakowie. Dokładnie wtedy, kiedy otworzyła się nasza księgarnia, powstał również Instytut Cervantesa, filia instytutu warszawskiego. Instytut krakowski z czasem przekształcił się w samodzielną instytucję i poza tym, że kształci w zakresie języka hiszpańskiego, jest też centrum rozpowszechniania szeroko pojętej kultury hiszpańskiej. Na początku naszej działalności współpracowaliśmy intensywnie z Instytutem, ponieważ Instytut nie miał żadnej sali do organizowania swoich spotkań (poza salami do uczenia się). Zależało im, żeby się promować i w ten sposób kilku pisarzy, których zaprosili, gościło właśnie u nas. Był więc i Eduardo Mendoza i Luis Sepúlveda, i Javier Cercas – kilka znaczących nazwisk jeżeli chodzi o współczesną literaturę hiszpańskojęzyczną.

Księgarnia Hiszpańska żyje głównie dzięki sprzedaży podręczników do nauki hiszpańskiego i na pewno jest najstarszą księgarnią, która się tym zajmuje w Polsce i wydaje mi się, że najbardziej wyspecjalizowaną. W tym momencie język hiszpański jest bardzo popularny w Polsce i podręczniki są dostępne w wielu innych miejscach, ale tylko te najpopularniejsze, a te najrzadsze – tylko u nas. Powstają coraz częściej klasy językowe w szkołach, to dla nas dobry znak, bo pojawia się coraz więcej punktów stycznych między Polską a Hiszpanią. Miłośnicy kultury i świata hiszpańskojęzycznego również znajdą u nas coś dla siebie. Sprzedajemy też literaturę piękną.

3

Poza tym, że pracuję teraz w księgarni, swego czasu uczyłam języka hiszpańskiego i choć chwilowo zaprzestałam tej działalności, znajomość języka wciąż mi się przydaje, tłumaczę bowiem literaturę hiszpańską. Swego czasu organizowałyśmy dużo spotkań z tłumaczami literatury hiszpańskiej, współpracujemy z wydawnictwami. Mamy jednak smutną refleksję, że nawet jeżeli przyjeżdża do nas ktoś godny zainteresowania, to ono jest niewielkie. Być może z powodu tego, że Kraków to miasto imprez i dużo się dzieje, być może dlatego, że życie w dużej mierze toczy się teraz z Internecie, a być może zaszła jakaś zmiana kulturowa. Byłyśmy tutaj we dwie, z Ewą, która wyemigrowała do Wrocławia i otworzyła tam kolejną księgarnię. Obie jesteśmy po studiach humanistycznych i odnosimy wszystko do naszych doświadczeń z czasów młodości. Wtedy pojawienie się pisarza hiszpańskiego w Polsce to było coś!

Justyna Sekuła: Racja, wtedy nie było aż tak powszechnego dostępu do Internetu. W tym momencie bez problemu można znaleźć np. wywiady z autorami czy obszerne artykuły, które można czytać nie wychodząc z domu. Może ludzie po prostu stali się bardziej leniwi?

WIM: Być może, ale ciągle wydaje mi się, że nic nam nie zastąpi kontaktu i rozmowy z żywym człowiekiem. Przeczytać sobie wywiad czy kawałek książki to nie to samo, co z kimś takim posiedzieć i wypić lampkę wina. Kiedy autorzy przyjeżdżają do mniejszych miejscowości na spotkanie w bibliotece przychodzi tłum, a do nas garstka osób.

JS: No tak, bo takie spotkanie w mniejszych miejscowościach, gdzie tak naprawdę za wiele się nie dzieje, jest wielkim wydarzeniem kulturalnym. W dużych miastach ludzie mają co robić, często różne spotkania odbywają się równocześnie i trudno się zdecydować, gdzie iść.

WIM: Wszystko ma swoje wady i zalety, również prowadzenie działalności kulturalnej w dużych miastach. Skarżą się na to również większe instytucje, bo tak naprawdę nie da się przewidzieć, ile osób przyjdzie, jakie będzie zainteresowanie. Czasami po prostu żal, że robi się coś interesującego, a niewielu ludzi z tego korzysta. Jesteśmy instytucją całkowicie prywatną, nie dostajemy żadnych dotacji od wydziału kultury, wszystko robimy sami, często pro publico bono. To bywa demotywujące, kiedy nachodzą nas myśli “A po co to, i tak nikt nie przyjdzie…”, ale i tak dalej staramy się działać.

Jestem też matką trójki dzieci i jak patrzę jak oni mało czytają, mimo tego, że mam dom pełen książek… Szkoła nie wymaga, żeby dzieci czytały, skraca się listę lektur i tak dalej. Na przestrzeni 10 lat wiele się zmieniło. Dawniej dzieciaki miały przygotować listę dziesięciu książek dodatkowych i je przeczytać, zrobić streszczenie, opisać głównego bohatera. Teraz tych książek jest cztery, nie trzeba ich streszczać, wystarczy napisać krótki list do głównego bohatera. Od dzieci się nie wymaga, a argumentacja jest taka, że jak ktoś ma przeczytać, to przeczyta, a jak nie, to ściągnie streszczenie z Internetu. Nie wiem, czy naprawdę nie ma sposobu, żeby sprawdzić, czy ktoś napisał coś samodzielnie? Szkoła nie wymaga, więc dzieci nie czytają, zapanowała kultura obrazkowa, cofamy się. Z żalem zauważam, że mam na tyle duże dzieci, że nie ma już sensu kupować tych wszystkich pięknych książeczek. A jest ich naprawdę dużo, z ciekawymi ilustracjami i dobrym tekstem. Starałam się czytać dzieciom jak najwięcej, ale wkurzam się, kiedy dzieci reagują na tekstem: „To ty sobie, mamo, poczytaj, a ja coś sprawdzę na tableciku”. Z drugiej strony, kiedy wchodzi się do pierwszej lepszej krakowskiej podstawówki, wszystkie dzieci chodzą z telefonami czy tabletami.

JS: To jest już inne pokolenie, od małego wychowane z dostępem do nowoczesnych technologii i gadżetów. Być może nie czują potrzeby czytania, uczenia się, bo całą wiedzę mają na wyciągnięcie ręki?

WIM: Standardem jest to, że w domu nie ma żadnej książki, co mnie dziwi.

AS: Nie wyobrażam sobie takich domów.

WIM: Ale one istnieją. U nas było tak, że dziecko dostawało listę lektur – uczyła ich zresztą cudowna polonistka- i z trzydziestu lektur do wyboru w domu mieliśmy kilkanaście. Znamy dzieci, które każdą dodatkową książkę musiały wypożyczać z biblioteki i to wcale nie jest takie rzadkie.

AS: Przynajmniej zobaczyły bibliotekę…

WIM: O ile tej biblioteki nie zamknęli. Wiem, że najpierw likwidowali stołówki, a później biblioteki. A tutaj pani bibliotekarka odwala kawał dobrej roboty: i organizuje konkursy i jeździ z dziećmi na targi książki.

JS: Faktycznie, dużo zależy od nauczycieli, którzy potrafią książką zainteresować. Ja, na szczęście, od zawsze trafiałam na fantastycznych polonistów.

WIM: Ja miałam takich sobie nauczycieli od polskiego, prawdziwą klęską okazała się polonistka w liceum, klasie humanistycznej…

JS: Czy istnieje jakiś charakterystyczny profil ludzi, którzy tu przychodzą? Czy poza tym, że interesują się Hiszpanią czy językiem, coś ich łączy? Więcej jest kobiet czy mężczyzn, młodszych czy starszych ludzi?

WIM: Znakomita część naszych klientów to nabywcy podręczników, poczynając od uczniów podstawówek po studentów. Oferujemy literaturę w oryginale, co odróżnia nas od reszty, bo książek po hiszpańsku nie można kupić nigdzie indziej. Więc ludzie, którzy nas odwiedzają, to także ludzie, którzy się na tej literaturze znają i mają swoich ulubionych pisarzy.

Średnio co piąta osoba prosi o “Sto lat samotności”, to jest sztandarowa pozycja – ile byśmy nie mieli, tyle sprzedamy. Ale orientują się też we współczesnej literaturze, pewne nazwiska zaczynają funkcjonować w obiegu i czytelnicy poszukują po hiszpańsku książek Eduarda Mendozy czy Carlosa Ruiza Zafona. Często ludzie proszą o coś podobnego do Zafona właśnie. Bardzo dużo osób przychodzi do nas, bo szuka prezentu w postaci książki np. dla przyjaciółki, która od dwóch lat uczy się hiszpańskiego i prosi o coś, co łatwo się czyta. Czasami jest zabawnie, bo kiedy pytam, jaką literaturę ten ktoś czyta po polsku, odpowiedź brzmi: “No nie wiem…”. Zdarza się też, że ktoś przychodzi i mówi, że ostatnio poleciłam mu dobrą książkę, więc chętnie znów zda się na mój wybór.

Mam wrażenie, że do księgarni przychodzi więcej kobiet, ale chyba generalnie jest tak, że kobiety w wieku 30+ stanowią największą grupę czytelniczą. Jak patrzę na moją rodzinę, to chyba faktycznie tak jest. Mama czyta zdecydowanie więcej niż tata☺

4

W naszej księgarni mamy salę, gdzie odbywają się spotkania literackie, koncerty muzyki hiszpańskiej czy pokazy tańca flamenco. Rok temu otwarła swe podwoje zaprzyjaźniona Księgarnia i kawiarnia podróżnicza BONOBO, a nasza działalność uległa rozszerzeniu. Wspólnie podróżujemy do krajów Ameryki Łacińskiej, albo przypatrujemy się podróżom po całym świecie – oczywiście są to w dużej mierze podróże – reportaże czy podróże – slajdowiska. Kraków jest miastem podróżników, więc imprezy podróżnicze cieszą się dużym zainteresowaniem.

AS: Czy przypomina sobie Pani jakieś zabawne sytuacje związane z pracą w księgarni albo czy są jacyś osobliwi klienci, których pani spotkała?

WIM: Obserwuję dość silne naleciałości języka angielskiego, np. książka, która nosi tytuł “Aula Internacional” zamawiana jest jako “Aula Internaszional”. Zdarza się, że uczestnik kursów językowych Instytutu Cervantesa, prosi o podręcznik do “kerwantesa”. Teraz już wiem, że niektórzy tak mówią, ale na początku nie wiedziałam, o co im chodzi. Jaki “kerwantes”? Najśmieszniejsze sytuacje wynikają z faktu, że w naszej kamienicy są też inne księgarnie, np. ezoteryczna CUD, która działa długo i prężnie – jak widać popyt na ezoterykę nie słabnie, a czasach kryzysu pewnie wzrasta☺. Zdarzyło mi się, że ktoś przyszedł i mówi: “Poproszę o Biblię Szatana”. Pytałam wtedy: “Po hiszpańsku?”. Na co klient, zdziwiony: “Nie, dlaczego?”. “Bo to księgarnia hiszpańska”. Inni pytają o książki o samoleczeniu moczem, kulkach na płodność i różnych takich. Raz zdarzyło się, że klient wszedł, spojrzał na nas – Ewę i mnie – badawczo i nieśmiało ni to stwierdził, ni zapytał: “Ja tutaj byłem umówiony z wróżką”. Oczywiście z wróżką w księgarni CUD, bo żadna z nas nie posiada nadprzyrodzonych zdolności. Choć, kto wie, zimą mamy zwykle mniej pracy, więc może zajmiemy się wróżeniem… (śmiech). Czasami ludzie mylą tytuły książek i nie raz trzeba się nieźle nagłówkować, ale to chyba standard we wszystkich księgarniach. Radzimy sobie z tym.

JS: A ostatnio przeczytana książka?

WIM: Ostatnio czytałam klasykę literatury, czyli “Zabić drozda”. Mam kilka takich książek na półce, które miałam przeczytać, a nigdy tego nie zrobiłam. Mam remont w domu, więc musiałam przejrzeć i spakować wszystkie książki, kilka z nich sobie odłożyłam. Choćby “Jezusa z Nazaretu” Romana Brandstaettera, intrygująca, polecam. Czy opowiadania Alice Munro, noblistki, której opowiadania są po prostu dobrze napisaną prozą. Wreszcie powieści mojego ulubionego Kazimierza Orłosia, „Dom pod Lutnią”, „Dziewczyna z ganku” czy „Letnik z mierzei” – przejmujące prostych ludzkie historie, prawdziwe aż do bólu.

AS: A Pani ulubione książki z dzieciństwa?

WIM: Mam dwie ulubione książki z dzieciństwa. Jedna z nich to “Ancymony, wiatraki i drab” autorstwa Marii Stengert. To książka o rodzinie, dwójce rodzeństwa, których mama wyjeżdża na zagraniczny kontrakt, tata jest zajęty pracą i przyjeżdża pewna przyjaciółka mamy, która ma zaopiekować się dzieciakami. Przypomina mi to trochę moje dzieciństwo – tu jakieś osiedle, tam pan zbierający makulaturę… Chłopiec znajduje w piwnicy stare gazety i postanawia je oddać temu panu, na co dzwoni mama i przerażona pyta: “Jak to stare gazety? To są ważne dokumenty, które są mi potrzebne!”. Wtedy zaczyna się cała akcja ścigania pana od makulatury. Bardzo fajna książka. Jak ją teraz czytałam, to okazało się, że znam ją niemal na pamięć. Drugą książką jest książka Mieczysławy Szygowskiej, pt. “Ciocia Kicia” która jest z kolei o wakacjach w górach, w owczarni. Ciocia, siostra mamy przyjeżdża do większego miasta i adoptuje córkę – idzie do domu dziecka i po prostu zabiera sobie tę dziewczynkę… Dzisiaj, jak czytam o tym, jak skomplikowany jest taki proces, zastanawiam się, jak mogło to być możliwe. I czy w ogóle kiedykolwiek było. Bardzo lubiłam też Makuszyńskiego, Niziurskiego – wracam do ich książek z wielką nostalgią. Czytając te książki moim dzieciom odkryłam, że czasami są napisane bardzo prosto i i już ni wydają mi się tak fajne, jak wydawały się kiedyś, ale… kiedyś czytało się je bardzo dobrze.

JS: Prosimy zatem jeszcze o polecenie jakichś ciekawych książek, które nasi czytelnicy mogą znaleźć w Waszej księgarni.

WIM: Jeśli chodzi o literaturę hiszpańską, choć po polsku, to polecam Javiera Mariasa, który w Hiszpanii jest dość popularny i powoli przebija się do polskiej publiczności. Napisał trylogię pt. “Twoja twarz jutro”, a wcześniej “Serce tak białe” albo “Jutro w czas bitwy o mnie myśl”. Ostatnia jego książka to “Zakochania”, zagmatwana historia o miłości i morderstwie. Trzeba się w nią dobrze wczytać, ale czyta się z satysfakcją. Mało kto o niej słyszał, a warta jest polecenia. Jeśli chodzi z kolei o książki po hiszpańsku, to polecam serię kryminałów Alicii Giménez-Bartlett, która była co prawda tłumaczona na język polski, ale jeżeli ktoś zna hiszpański, warto przeczytać w oryginale. To taka lżejsza wersja modnego nurtu kryminałów mocno osadzonych w kontekście socjologicznym, diagnozujących przypadłości współczesnych społeczeństw. Tu jest trochę lżej i dowcipniej niż choćby w ponurych kryminałach skandynawskich. A jeśli ktoś woli kryminały całkiem zwariowane, to Eduardo Mendoza na wakacje jak znalazł.

JS: Co Mendoza ostatnio wydał?

WIM: Najnowszą jego książką jest “Awantura o pieniądze albo życie”. A jeśli chodzi o naszą księgarnię, to okresie wakacyjnym wpada do nas sporo turystów z Hiszpanii – mamy całkiem okazały wybór literatury polskiej po hiszpańsku, którą zawsze im polecamy. Oprócz wszelkiego rodzaju albumów i przewodników po Krakowie, często kupują literaturę piękną i najczęściej pytają o Szymborską, która jest u nich dość znana. W Hiszpanii bardzo popularny jest również Sapkowski, tak “Wiedźmin”, jak i “Narrenturn”, Lem, Zagajewski, Miłosz, Stasiuk, Pilch. Jeżeli chodzi o przekłady literatury, to bardzo często wszystko zależy od konkretnego tłumacza, któremu coś się spodoba. Jeżeli jest dobrym tłumaczem, a ma kontakty z wydawcami, to jest w stanie przekonać ich do publikacji danego tytułu. Oczywiście w przypadku nagrody Nobla, nikogo nie trzeba przekonywać, podobnie jak w przypadku klasyki – np. “Quo Vadis”, które już jakoś tam funkcjonuje w kulturze. Na świecie wydaje się całe mnóstwo książek, w Hiszpanii jest podobnie, tak więc, to, co ostatecznie trafia na półki naszej księgarni zależy od wielu czynników☺

AS: To tak na sam koniec, proszę zachęcić naszych Czytelników do odwiedzin Księgarni Hiszpańskiej.

WIM: Czekamy! Jak ktoś do nas trafi i powie, że przychodzi z Bookeriady, możemy udzielić 5% zniżki w ramach rabatu :).

Księgarnia Hiszpańska Kraków Libreria Espanola Cracovia (Mały Rynek 4, WWWFacebook


Justyna Sekuła i Alicja Sikora