Pomysł uzupełnienia recenzji Osieckiej zdjęciami plakatów filmowych, z czasów, kiedy kwitła polska szkoła plakatu (połowa XX wieku), a więc atrakcyjne wydanie „Filmideł”, to pierwsze i jedyne pozytywne zaskoczenie, które przeżywa czytelnik już pobieżnie kartkując tę nowość wydawniczą. Kolejne zaskoczenie nie jest już tak miłe. „To bardzo piękny film”, „ten film jest bardzo inny”, „to bardzo smutna historia”, „to jest film o ludziach”, „to bardzo dziwnie spreparowana historia” – oto przykładowe stwierdzenia, którymi Osiecka rozpoczyna każdą swoją krótką recenzję. Ta denerwująca maniera może nabrać nawet zabawnego charakteru. Czytelnik ma szansę wielokrotnie uprzedzać pisarkę. „To słaby film” – pomyślałam w pewnym momencie, przewracając kartkę, i proszę: – „To bardzo słaby film”- przeczytałam z pewnym rozbawieniem.

Literacko „Filmidła” nie są ciekawe. Nie znajdziemy tu nic z kunsztownego napięcia słów, które charakteryzuje Osiecką jako poetkę. Nie znajdziemy więc zgrabnych puent, zaskakujących przemyśleń, a tym samym głębi przeżywania filmu. „Przenikliwe i śmiałe spostrzeżenia” autorki, o których pisze Tomasz Raczek we wstępie do książki, streszczają się w szczerości, z jaką Osiecka pisze w swojej manierze : „Ten film mi się nie podoba. Ten film jest zły, choćby nie wiem co”. Dlatego wydaje mi się być rzeczą przesadzoną twierdzenie, że „Filmidła” to ważna pozycja na półce każdego miłośnika twórczości Osieckiej. Na łamach recenzji filmowych, które pisała jako studentka, nie sposób zauważyć jakiejś krystalizacji jej literackich umiejętności i poszukiwań językowych. Także o polskiej kulturze połowy XX wieku niewiele tu wyczytamy, prócz samej informacji o poziomie recenzji filmowych, publikowanych wtedy w tygodniku „Film” czy „Sztandarze Młodych”, zgodnie z wymogiem ideologii tamtego czasu.

Godne polecenia wyłącznie miłośnikom Osieckiej, nienastawionym na doniosłe znaczenie „Filmideł”, a także zainteresowanym wyjątkowymi dokonaniami polskiej szkoły plakatu.

Joanna Roś