Podczas czytania Sklepu… wyprowadziłam się z Krakowa, zamieszkałam na Podhalu, nauczyłam się góralskiej gwary i nabyłam stado owiec, które każdego dnia wypasam radośnie na hali. Co prawda zmiany te dokonały się na razie tylko w mojej głowie, ale wiem, że prędzej czy później tam zamieszkam i wtedy będę mogła powiedzieć, że to właśnie TA KSIĄŻKA realnie wpłynęła na moje życie. 

Mimo tego, że przez niemal dwadzieścia lat mieszkałam całkiem niedaleko gór, nie miałam zbyt często do czynienia z góralami. Nawet jeżeli wybierałam się w Tatry, spotykałam ich tylko na parkingu samochodowym, gdzie zdzierali z ludzi straszne pieniądze*, a zapytani o to, którym szlakiem warto się przejść, odpowiadali, że nie wiedzą, bo oni po górach nie chodzą. Ano właśnie, ludzi. Okazuje się, że my wszyscy, przyjezdni, nie jesteśmy ludźmi. Jesteśmy panami. Pani, pan. Pon.

Szczytem idiotyzmu naszych czasów, zdaniem Dziadka, są panowie. Siedzieć w mieście i zarabiać w jakiejś śmierdzącej norze przez jedenaście miesięcy w roku po to tylko, by dwunasty miesiąc spędzić w górach i cieszyć się światem a potem dobrowolnie wracać do miasta i znowu cały rok siedzieć w śmierdzącej norze to jedna wielka głupota. Bogaty pon siedzi w mieście jak w więzieniu, jak w grobie, raz do roku przepustka w prawdziwe życie, martwi się, czy go będzie stać na wczasy, a biedny Dziadek ma wczasy całoroczne. Więc, gdyby Dziadek był bogaty, byłby straśnie biydny. Ale, kwała Bogu, zupełnie się na to nie zanosi.

Byłam zachwycona. Prostą, ludową mądrością, tak oczywistą, że trudno na nią samemu wpaść w dzisiejszym świecie fast. Ciętymi ripostami i niewymuszonymi żartami, które wprawiały mnie w podejrzaną wesołość (bo przecież podróżując autobusami lub pociągami należy patrzeć w okno i horyzont muskać smutnym wzrokiem swym). Honorem, sprowadzającym się zwykle do obicia komuś kufy (A w kufe fces?! przewija się przez książkę wiele razy).

Antoni Kroh, który trafił do Bukowiny jako kilkuletni chłopiec (pon z Warszawy), oprowadził mnie po podhalańskich wioskach pokazując życie codzienne górali na tle ich historii i kultury (autor jest etnografem). Wszystko ułożyło się w bardzo zgrabną całość, która mnie zawstydziła, bo uświadomiłam sobie, że jest to świat, którego w ogóle nie znam. Złapałam się za głowę, gdy dotarło do mnie, że przecież Podhale to tylko jeden z licznych regionów w naszym kraju; kraju, o którym wiem bardzo niewiele – a właściwie NIC. Bo cała podręcznikowa wiedza wydała mi się nagle jakaś nijaka i do niczego. Bo jak poznawać miejsca i ludzi nie będąc w TYCH miejscach i nie przebywając z TYMI ludźmi?

Od jakiegoś czasu przetwarzam w głowie zdobytą wiedzę i zastanawiam się, co z tym fantem zrobić. Zdaję sobie sprawę, że opisane w książce wydarzenia rozegrały się kilkadziesiąt lat temu. Mimo wszystko (a może właśnie dlatego?), mam ochotę sprawdzić, jak jest dzisiaj. I sprawdzę!

Panowie majom skoły, to cymu som takie głupie i nie pilnujom swoich dutków? Dość ik majom. 

Justyna Sekuła