Naszym zdaniem

Polecam wszystkim amatorom sztuki tego tajemniczego artysty z małego miasteczka.

10
Styl i język
10
Treść i fabuła
10
Okładka
10
Zapach

Moja opinia dotycząca „Sklepów cynamonowych” Brunona Schulza była znacząca w moim życiu. Przede wszystkim dlatego, że uważam ją za bardzo dobrą (nieskromna ja), a po drugie dlatego, że dowiedziałam się wówczas, że czytanie nie jest tożsame z erudycją. Pod moją opinią pojawiły się liczne komentarze, które stwierdzały, że pierwsze słyszą o takim artyście, „Sklepy cynamonowe” zaś uważali za lekturę kobiecą dla gospodyń domowych (sic!). To ten czas w moim życiu, gdy wszystkie ideały umarły i dowiedziałam się, że piekło to inni. To był prawdziwy przełom w moim życiu.

Wiarę w ludzkość straciłam, ale w Brunona Schulza nigdy. W związku z tym z radością sięgnęłam po „Księgę obrazów”. Znam już twórczość prozatorską tego pisarza, dlatego warto było poznać jego dzieła plastyczne. Zwłaszcza, że rysowanie było dla niego równorzędne z pisaniem. To był kolejny element jego globalnej twórczości. Za życia deprecjonowano dokonania w tej dziedzinie. Dopiero dziś można powiedzieć, że Schulz rysownik zostaje zrehabilitowany i ustawiony w jednym rzędzie z innymi XX-wiecznymi rysownikami.

Bruno Schulz był nauczycielem w szkole. Często, zamiast typowo uczyć, opowiadał historie swoim uczniom. Oni to uwielbiali i często prosili, by przeprowadził taką niestandardową lekcję. Nie tylko opowiadał, ale także ilustrował swoje historie szybkimi szkicami na tablicy. Obraz i tekst są na tyle silnie powiązane, że zrozumienie jednego bez drugiego jest trudne. Dzięki „Księdze obrazów” jedno i drugie perfekcyjnie się połączyło, wzajemnie się uzupełniając. Nie przeszkadzają sobie. Posługują się wciąż tym samym językiem i podobną ekspresją. Tworzą tę samą wizję artystyczną tylko przedstawiają różne jej wycinki. Ficowski pisze o tym, że tylko Schulz potrafi skłonić rzeczywistość do nowego sposobu bycia, do tego by się zagęszczała i rozrzedzała. W samo sedno. Rysunek nie pełnił niewolniczej roli wobec tekstu, bo nie chodziło o to, by ilustrować tekst, ale o to, by zwiastować. To uruchomienie wyobraźni pisarza i czytelnika, punkt zaczepienia i katalizator ekspresji słownej.

Mam wrażenie, że Jerzy Ficowski wyszedł z podobnego przekonania, w związku z tym nie izoluje tekstu od obrazu. Nie tworzy sztucznego rozdziału, a zamiast tego większość obrazów uzupełnionych zostało tekstem. Podkreśla ten dualizm. Moje pierwsze wrażenia po otwarciu tej publikacji to niezwykła atmosfera tych obrazków. Opowiadania Schulza nasiąknięte były erotyzmem, ale był to buchający erotyzm, jednocześnie przyćmiony meandrycznym językiem. W obrazach zaś wszystko jest bardzo dosłowne. Schulz rysownik otwiera przed oglądającym wrota swoich fantazji. I znajdziemy tam przede wszystkim fetysze. „50 twarzy Greya” przy tym wymięka. Najczęściej przedstawia siebie, małego i skurczonego, leżącego u stóp wielkich dam (ubranych lub nie). To taka typowa rycina z zachowanych 400 prac z czego lwia część to ilustracje do swoich utworów, których nie udało się dołączyć do tekstu. Sam autor uważał, że w prozie wyraził się pełniej. Może dlatego że rycina z natury rzeczy musi być dosłowna, nazbyt bliskie materialnemu kształtowi rzeczy. Jeśli określimy naturę prozy Schulza jako coś nieustannie ewoluującego, płynnie przepływających z jednego mitu w drugi to rysunek jest tylko sportretowaniem chwili. Nie ma w nim metamorfozy. Agresywne pociągnięcia ołówka i silna deformacja mogą sugerować, że przestrzeń jest dynamiczna i rzadko pozostaje tylko w jednym stanie skupienia, ale to tylko sugestia.

Komentarz Ficowskiego do tych obrazów (i tekstu) jest naprawdę doskonały. Myślałam, że wiem sporo o twórczości Schulza, a jednak, dzięki niemu, zwróciłam uwagę na wiele nieistotnych dla mnie wcześniej symboli. Weźmy taką dorożkę konną. W opowiadaniach była ona ledwie wspomniana. W obrazach zaś stanowi jeden z głównych motywów. Badacz Schulza przytacza jego list do Witkacego, gdzie to zwierza się ze swoich „schizoidalnych” obsesji na ich punkcie.

Inną kwestią są te wspomniane wcześniej deformacje. Dotyczą one tylko mężczyzn, kobiety to bóstwa. Jedynym mężczyzną, który wymknął się spod deformującego ołówka jest Jakub-ojciec, Demiurg, wieczny kreator. Bóg Ojciec z długą brodą i dostojną twarzą.

Karolina Baran