Naszym zdaniem

Opowieść dla fanów konfiguracji młodsza dama z dojrzałym mężczyzną, jak również dla amatorów romansów.

1
Styl i język
2
Treść i fabuła
5
Okładka
7
Zapach

Oto kolejne podejście do dzieł Diany Palmer. Tym razem nie było tak dramatycznie źle, jak przy „Norze”, jednakże „Pewnego razu w Paryżu” to moje ostatecznie pożegnanie z tą poczytną autorką.  Kompletnie nie rozumiem jej dzieł, nie poruszają one we mnie żaden emocjonalnej struny, a co gorsza śmieszą mnie jej sposoby na zawiązanie akcji.

Diana Palmer to tak naprawdę pseudonim artystyczny Susan Spaeth Kyle. Swoją pierwszą książkę napisała jeszcze w latach 70. Wcześniej była dziennikarką radiową i telewizyjną. Wydała prawie sto książek, które przetłumaczono na mnóstwo języków. Gdy miała 45 lat poczuła pęd do wiedzy i postanowiła uzupełnić wykształcenie. Od razu machnęła trzy kierunki – filologię hiszpańską, archeologię oraz historię. Jej mąż też porzucił pracę, by oddać się graniu w rzutki. Amerykański sen. I tak sobie żyją, ona pisząc romanse, a on rzucając do tarczy. Tak sobie próbuję przełożyć to na polskie standardy… Ale może po prostu jestem złośliwa? Pewnie tylko zazdroszczę, że nigdy nie utrzymam się, grając w rzutki.

„Pewnego razu w Paryżu” opowiada historię Brianne, której matka krótko po tym, jak pochowała pierwszego męża, wzięła ślub z bogatą personą. Dziewczyna zawadza ojczymowi, więc wysyła ją do paryskiego internatu. Pierce to architekt, mocno zaangażowany w ochronę planety Ziemi. Niedawno zmarła mu żona i wciąż boryka się z uczuciem pustki i samotnością. Pragnie popełnić samobójstwo. Brianne spotka go w Luwrze i rozpoznaje w nim kolegę ojczyma. Rozpoczyna z nim pogawędkę, dzięki czemu powstrzymuje go przed śmiercią. Czy Pierce odwdzięczy się dwa razy młodszej od siebie pannicy, ratując ją z rąk zdesperowanego ojczyma?

Lubię ten motyw – młodsza skrzywdzona dziewczyna, którą starszy mężczyzna uczy życia. Jednakże, by to wypaliło, dziewczę musi mieć co nieco rozumu. Tym razem go nie uświadczysz. Zauważyłam, że Diana Palmer ma w zwyczaju tworzyć główne bohaterki głupie jak but, a jednak z aspiracjami do bycia wielkimi intelektualistkami. Czyta się o takich osobach komicznie. Nie ma nic śmieszniejszego niż przemądrzała nastolatka, która myśli i powtarza, że jest dorosła. Z byciem dorosłym jest jak z byciem damą – jeśli musisz zapewniać, że nią jesteś, to nie jesteś. Pisarka serwuje rozkoszne sceny, gdy to Brianne opowiada o swoich ocenach z matematyki poważnemu dorosłemu człowiekowi. I jeszcze ta idiotyczna udawana powaga, która zamiast dodawać bohaterce metaforycznych lat, to zamiast tego brzmi jak rozpuszczony bachor. Przykład? Otóż skarży na koleżanki, przez co wyrzucają jedną ze szkoły. Ciągle powtarza: „od pewnego czasu czuję się dorosła” – takie brednie może powtarzać tylko niedojrzała nastolatka. Podobnie jak „nie jestem dzieckiem, mam już 19 lat” – tak dziewczynko, a teraz wracaj do książek i ucz się do matury.

Z jednym autorka powieści ma rację. Jedyną wartościową cechą, którą posiada główna bohaterka to dziewictwo. Nie jest zbyt mądra, za ładna ponoć też nie, poczuciem humoru też nie grzeszy. Palmer daje ciągle do zrozumienia, że Brianna jest ciekawa dla mężczyzn, tylko dlatego że jest dziewicą. Nie obchodzi ich jej charakter, ani zachowanie, ważne że ma kawałek błony. Smuci mnie fakt, że gdy się nie ma żadnej pozytywnej cechy, którą można by zainteresować drugiego człowieka, to wówczas opowiada się każdemu, kto się napatoczy o tym, że jest się dziewicą.

Poza irytującą główną bohaterką „Pewnego razu w Paryżu” całkiem mi się podobało. Wydarzenia były ciekawe, choć momentami wydumane. Czytałam bardzo płynnie i szybko. Wydanie jest schludne i bardzo ładne, a okładka dość estetyczna.

Karolina Baran