Naszym zdaniem

Losy piątki bohaterów za sprawą przypadku łączą się w wynajętym domu w Bostonie. Dzielą ich kultura, wyznanie, poglądy, problemy. Dopóki wzajemny szacunek i poprawność polityczna biorą górę, ich koegzystencja wydaje się niezagrożona. Ale kiedy do głosu dochodzą wewnętrzne demony, tragedia jest nie do uniknięcia.

6
Styl i język
5
Treść i fabuła
8
Okładka
8
Zapach

Najlepiej stawiać na pewniaków – brzmi żelazne motto świata wydawniczego. W imię tej złotej zasady autorzy, którym udało się napisać bestseller, mają absolutną pewność wydania wszystkich swoich późniejszych (nawet słabych), jak i wcześniejszych tekstów (choćby pisanych jedynie do szuflady). Tak też stało się w przypadku Elif Shafak, której najnowsza książka, Araf, jest de facto podróżą w literacką przeszłość autorki. Książka napisana w 2004 roku w końcu, za sprawą Wydawnictwa Znak, doczekała się premiery w Polsce. Fani prozy tureckiej autorki z pewnością nie przegapią okazji, by sprawdzić jak wygląda czyściec (bo tak tłumaczy się na polski tytuł książki) oczami Shafak.

W tymże czyśćcu autorka umieściła grono dość ciekawe i różnorodne. Jeśli chodzi o wyznanie znajdują się w nim: dwaj gorliwi katolicy, wyznawczyni matki natury, sił kosmosu i pradawnych duchów, a także dwaj muzułmanie, z czego jeden praktykujący, drugi głuchy na wszelkie przejawy życia religijnego. Przedstawicielstwo narodowe kształtuje się następująco: Meksykanka, Hiszpan, Marokańczyk, Turek i Amerykanka. I wszyscy oni za sprawą siły, którą posiada jedynie przypadek, spotykają się pod jednym dachem: piętrowego domu w amerykańskim Bostonie. Ta kulturowa i światopoglądowa mieszanka już z samego założenia jest jak koktajl Mołotowa. Ten, zgodnie z pokładanymi w nim nadziejami, wybucha co jakiś czas. Tyle że te eksplozje nie są tak spektakularne jak można by się tego spodziewać. To, co prawdziwie ważne w tej historii, nie dzieje się na powierzchni, ale podskórnie i wcale nie jest wypowiadane głośno.

Te ruchy sejsmiczne w ciałach bohaterów dokonują się z prostej przyczyny: każdy z nich ma istne zatrzęsienie problemów. A ich genezą wcale nie są różnice kulturowe czy trudności wynikające z życia z dala od ojczyzny. Źródłem tego jest umysł, w którym rodzą się demony ścigające bohaterów. Chorobliwa potrzeba akceptacji, lęki, wyobcowanie, ucieczka przed życiem, nałogi, choroba afektywna dwubiegunowa, zaburzenia jedzenia, problemy związane z seksualnością – to główne, ale nie jedyne trudności, z którymi borykają się bohaterowie. Każda z nich kwalifikuje jego posiadacza na długotrwałą terapię, a przy tym może dotknąć absolutnie każdego, niezależnie od miejsca zamieszkania i narodowości, przez co książka zyskuje wymiar uniwersalny. Shafak nigdy nie uciekała od trudnych tematów i to jej się chwali ogromnie. Tym bardziej, że każdy z podniesionych przez nią problemów jest materiałem na kampanię społeczną: uświadamiającą ich ważność i sposoby radzenia sobie z nimi. Ale jest jeden szkopuł, który jest tamą dla peanów głoszonych na cześć autorki. W Arafie tych istotnych i trudnych tematów jest za dużo, tak jakby autorka nie czuła się na siłach, by wybrać jeden z nich i zgłębić go w pełni. A nie można w pełni uzmysłowić istotności problemu, jeśli nie poświęci się mu wystarczająco dużo uwagi. I z jednej strony czytelnik jest przytłoczony liczbą traum przypadających na 10 stron książki, z drugiej czuje niedosyt: bo żadnego bohatera nie poznajemy w pełni, z żadnym tak naprawdę nie możemy poczuć więzi – choć wszystkim im do głębi współczujemy.

Ale to, że w trakcie czytania nie budujemy żadnej relacji z bohaterami – co jest wyznacznikiem dobrej powieści – jest spowodowane nie tylko brakiem dokładnej wiwsekcji ich duszy i myśli. Dzieje się to także dlatego, że autorka gubi się wprost w dygresjach, dykteryjkach, obserwacjach i wątkach pobocznych. Niektóre są ciekawe, inne budzące refleksję, ale istotnie rozrzedzają one główny nurt powieści. Tak jakby Shafak wyciągnęła swój notes z luźnymi pomysłami, dobudowała do nich jakąś historię i wykrzyknęła: Gotowe! Wielka szkoda, że nie pokusiła się o wybór jedynie części z tej studni pomysłów. Niektóre z pewnością warte byłyby wykorzystania w innych książkach – w Arafie czasami zdają się być wplątane na siłę.

Ale gdzieś w tym natłoku problemów, wątków i dygresji można znaleźć rzeczy wartościowe. W niektórych fragmentach, kiedy autorka odchodzi od głównego nurtu powieści, pojawiają się opisy obyczajów i tradycji z krajów bliskowschodnich. Te są niewątpliwie najmocniejszą stroną prozy Shafak i ogromna szkoda, że w tej książce jest ich tak mało. Innym ciekawym motywem jest koncepcja zanegowania przez jednego z bohaterów klasycznego pojęcia czasu. Dla Omera jego miernikiem stają się nie sekundy i minuty, ale piosenki. I to nie jakieś nieokreślone, ale bardzo konkretne, wymienione z tytułu. Dzięki czemu opowieści towarzyszy ścieżka dźwiękowa, której można słuchać razem z bohaterem (a trzeba przyznać, że ma bardzo oryginalny i eklektyczny gust). Jest jeszcze jeden plus tej nazbyt bogatej kolorystycznie mozaiki, której fragmenty Shafak rozrzuciła przed czytelnikiem. Każdy z nas może sobie ułożyć z tego inny wzór i dojść do innych wniosków. Dla mnie na przykład Araf brutalnie obnaża ułudę, jaką jest myślenie, że można wymyślić siebie na nowo – w nowym miejscu, towarzystwie, przybierając nowe imię. Przeszłość i nasze demony zawsze nas dogonią – nawet na końcu świata.

Katarzyna Figiel