Naszym zdaniem

Stwierdzenie: „są książki, które zmuszają do myślenia” to wytarty, nieprzykuwający nadmiernej uwagi, slogan, chociaż przecież tak bardzo prawdziwy. Dobrze, że w przypadku „Krytyki i kliniki” bez większego problemu można go uniknąć – to dzieło nie zmusza do myślenia, ono JEST myśleniem.

9
Styl i język
9
Treść i fabuła
7
Okładka
9
Zapach

Stwierdzenie, że „są książki, które zmuszają do myślenia”, to wytarty, nieprzykuwający nadmiernej uwagi, slogan, chociaż przecież tak bardzo prawdziwy. Dobrze, że w przypadku Krytyki i kliniki bez większego problemu można go uniknąć – to dzieło nie zmusza do myślenia, ono JEST myśleniem w każdym zdaniu, w każdym akapicie, znaku przestankowym i odstępie pomiędzy jednym a drugim rozdziałem. To „filozoficzne opowiadania” krążące wokół samej problematyki pisania, wynajdowania nowego języka, wywracania go do góry nogami, na drugą stronę i w innych kierunkach, jakie chyba tylko autor Krytyki i kliniki potrafi tak precyzyjnie określić.

Gilles Deleuze (1925 – 1995), wybitny francuski filozof i eseista, od zawsze stanowi dla mnie doskonały przykład pisarza dla takich „moli książkowych”, którzy bardzo często, kompletnie zanurzeni w jakąś lekturę, zaraz po jej ukończeniu nie pamiętają z niej kompletnie nic. Przeżywają absolutną czytelniczą enigmę – tak pochłonięci treścią, tak bardzo wkładający w nią całe swoje serce, tak głęboko wchodzący w świat przedstawiony, że aż docierający głębiej niż w bieg wydarzeń, a zarazem zupełnie tracący go z oczu. Nie bez powodu mówi się, że Deleuze pragnął odnowić filozofię – przywrócić jej moc kreowania koncepcji, przywrócić jej rozszerzający horyzont zdarzeń, głęboki oddech wyobraźni, i wcale nie miał zamiaru usuwać tak pojmowanego filozofowania z wojennej ścieżki, na której stykać się może ono z logiką czy spójną narracją. Dlatego ci, którzy ekstatycznie przeżywają książki, nie potrafiąc przy tym streścić słowami ich zawartości, chociaż czują, że lektura wzbogaciła ich o całe światy wypełnione nowymi przemyśleniami i wrażeniami, ci, których to doświadczenie może nieco denerwować, więc postanowili nie zwierzać się nikomu ze swojego „defektu”, mają sporą szansę pokochać Deleuzę – pokochać i bez pamięci „zamieszkać” w zawartości Krytyki i kliniki. Zrozumieć powody własnej hipnozy niepamięci i przyjąć za własne słowa filozofa: Granica nie znajduje się na zewnętrz mowy, jest jej zewnętrzem: zrobiona jest z nie-językowego widzenia i nie-językowego słyszenia, które jednak ona sama umożliwia. Istnieją również malarstwo i muzyka właściwe pisaniu, będące efektami barw i dźwięków, które wznoszą się ponad słowa. Widzimy i słyszymy właśnie poprzez słowa, między słowami. Beckett mówił o drążeniu dziur w mowie, aby widzieć bądź słyszeć „to, co jest poza nią ukryte”.

Wierzę, że przebrnięcie przez te miniwykłady wcale nie wymaga od czytelnika, aby był zapalonym historykiem literatury czy filozofii – mogą w równym stopniu przykuć uwagę świeżo zapoznanego miłośnika Kafki, Carolla czy Biblii, a także kawiarnianego komentatora wydarzeń politycznych. Ostatnio karierę robią takie pojęcia jak wolność i demokracja. Deleuze w swoich, na pierwszy rzut oka mistycznych, wynurzeniach proponuje nam wiele proroczych definicji, dotyczących życia codziennego. Na przykład na 66 stronie w rozdziale Nietsche i Saint Paul, Lawrence i Jan z Patmos zadziwia niezwykle aktualną definicją pojęcia władzy, którą sprowadzić można za tytułowymi myślicielami do: „długofalowej polityki zemsty, długofalowego przedsięwzięcia narcyzmu duszy zbiorowej”.

Krytyka i klinika – nietypowa, trafna, doskonale przetłumaczona – jak przystało na inicjatywę wydawnictwa Officyna, daje nadzieję, że wciąż istnieje zapotrzebowanie na literaturę, która jest intelektualnym wyzwaniem.

Joanna Roś