„Drugi dziennik” Pilcha zebrany jest z tekstów publikowanych przez autora w „Tygodniku Powszechnym”. Rozpoczyna się w czerwcu 2012 roku, kiedy miliony Polaków przeżywają kolejne porażki swojej reprezentacji narodowej. Pisarz i zarazem znawca polskiej piłki nożnej również daje wyraz swojemu rozgoryczeniu, poświęcając jakości naszej drużyny kilka wpisów w swoim dzienniku: „Piłka nożna to jest gra, w której bierze udział 22 mężczyzn, a i tak zawsze przegrywają Polacy (…). Anglicy są – tak jak Włosi, Niemcy, Hiszpanie, Holendrzy, Francuzi, Szwedzi i prawdę powiedziawszy, wszyscy pozostali – poza naszym zasięgiem. (…) Mamy teoretyczne i wyłącznie z zabobonu zwanego rachunkiem prawdopodobieństwa wynikające szanse wygrać z nimi co dwudziesty (…) raz, a i to tylko wtedy, gdy (…) oni są w wyjątkowo słabej, my w wyjątkowo wybitnej formie, gdy okoliczności (pogoda, ciśnienie, zdrowie, stan boiska i kibiców, etc., etc.) nam sprzyjają, im nie”.

Generalnie jednak Pilch koncentruje się na tematach znacznie poważniejszych, czyniąc tym samym z drugiego tomu swojego dziennika raczej zbiór felietonów, a momentami nawet metafizyczną rozprawę. Oddala się tym razem od spraw społecznych (choć wyjaśnia, dlaczego trudno mu czasami kochać Polskę i żyć w tym kraju), a skupia się na tym, co jest dla niego naprawdę istotne. Pisze o chorobie, samotności, śmierci, odchodzeniu najbliższych. Wadzi się z Bogiem, rozmawia z pisarzami, opowiada o przyjaciołach, szkicuje swoją relację z matką, wspomina przodków. Pisze o literaturze, formułuje wskazówki, jak nie powinno pisać się dzienników, dzieli się swoim rozumieniem świata, zdradza marzenia. Przyznaje się do pogłębiającej się coraz bardziej niepewności i do lęku, którego coraz częściej nie potrafi okiełznąć.

„Drugi dziennik” jest intymny i bardzo osobisty. Zabawny i refleksyjny zarazem. Prosty i złożony. Z perspektywy swojego mieszkania na Hożej autor pisze o tym, jak minął mu rok, jak mimo wszelkich trudności walczył o „normalne życie”. Ten drugi tom to także pewien rodzaj szczerej spowiedzi: pisarza, intelektualisty, mężczyzny po sześćdziesiątce, luteranina. Spowiedzi, w której Pilch przyznaje się do tęsknoty za zdrowiem i analizuje swoje szanse na życie wieczne. Spowiedzi, w której autor daje wyraz wszelkim swoim wątpliwościom. Spowiedzi wreszcie, w której pisarz nie boi się mówić o komunikatach z zaświatów, o wyczuwaniu w swoim mieszkaniu czyjejś obecności.

Lekturę „Drugiego dziennika” dobrze jest rozłożyć sobie w czasie. Czytać kawałek po kawałku. Wracać do niego. Wszystko po to, by w mnogości tematów i pięknej pilchowskiej frazie nie stracić tego, co najważniejsze; by spróbować zobaczyć świat takim, jakim widzi go autor; by zmierzyć się z egzystencjalną zadumą nad samym sobą; by mimo uśmiechu i ironii dostrzec powagę i smutek przebijający z kart dziennika. Bo to wbrew pozorom smutna książka: „Ile będziesz żył, nie wiadomo, czujesz, że mimo wszystkich kojących wyobrażeń nie za długo, ale może jakimś cudem będziesz czytał tyle, ile wymaga odzyskany czas młodzieńczego pożerania książek? Żył będziesz krótko, ale czytał będziesz jeszcze dychę, dwie, dwie i pół? Więcej się nie da, Bóg jakby tylko ze względu na ciebie istniał, nawet jakby tylko tobą się zajmował, więcej ci nie da. Starczy”.

Ewelina Tondys