Naszym zdaniem

Nawet nizinny laik nie będzie żałował czasu poświęconego na lekturę, bo to bardzo dobra literatura faktu.

7
Styl i język
8
Treść i fabuła
10
Okładka
8
Zapach

Wyjątkowo rozpocznę recenzję od wzmianki o filmie, ponieważ „Everest” (reż. Baltasar Kormákur, 2015 r.) naprawdę mnie zachwycił, wbił w fotel i przeraził. Jestem typowym zwierzęciem biurowym, ale ta mieszanka różnych uczuć doprowadziła do tego, że chciałam dorwać więcej informacji na ten temat, mimo że dotąd nie interesowałam się literaturą górską. Książka „Wszystko za Everest” miała swoją premierę niemal dwadzieścia lat temu (1997 r., w Polsce rok później) i z miejsca stała się bestsellerem, choć trzeba dodać, że nie była ona podstawą scenariusza filmu. W 1996 roku Krakauer pojawił się na wyprawie jako dziennikarz pracujący na zlecenie gazety „Outside”, którego zadaniem było przygotowanie tekstu o komercjalizacji wypraw na Everest. Podczas ataku szczytowego śmierć poniosło osiem osób, w tym doświadczeni himalaiści i przewodnicy: Rob Hall i Scott Fischer. Opublikowany artykuł wzbudził kontrowersje, a książka miała być jego rozwinięciem.

Krakauer wspomina, że dawniej wspięcie się na Everest było zarezerwowane dla najlepszych wspinaczy, a pomyślnie zakończona wyprawa oznaczała dołączenie do hermetycznej elity i zapisanie się na kartach historii. Teraz wystarczy kilkadziesiąt tysięcy dolarów i w miarę przyzwoita kondycja fizyczna. Symboliczna wydaje się scena, w której przywiązana do liny Sandy Pittman jest ciągnięta na górę przez Szerpę – wynajętego pomocnika, pochodzącego z miejscowego plemienia. Potem próbowała się z tego tłumaczyć, ale Krakauer kilkukrotnie wspomniał o tym, że zdobycie szczytu przez znaną multimilionerkę mogło skutecznie wypromować raczkującą firmę Fischera, która rozpaczliwie potrzebowała reklamy i napływu nowych klientów. Sandy stała się niejako kozłem ofiarnym wyprawy i później chyba zapomniano o tym, że nie była znudzoną bogaczką, której „zachciało się” zdobyć Everest. Miała doświadczenie, a Autor przytaczał słowa innych uczestników, którzy doceniali optymizm i energię Sandy, bo zarażała tym innych, co było bardzo istotne dla całej grupy wspinaczy. Nagonka na Pittman objęła nawet jej syna, który nie miał nic wspólnego z wyprawą.

Szerpowie to osobna historia, bo o ile w filmie po prostu „byli”, tak w książce poświęcono im więcej zasłużonej uwagi – ci niesamowici ludzie są podstawą każdej wyprawy. Krakauer opowiada o ich zwyczajach, nieco o historii i religii (która bywa elastyczna), sile oraz o rywalizacji, która niekiedy doprowadza do ich śmierci – jeśli Szerpa przyzna się do złego samopoczucia na Evereście, może zapomnieć o zatrudnieniu w przyszłorocznej wyprawie, a przecież z tego utrzymuje rodzinę. Ponadto Szerpowie zwykle bardzo długo (o ile w ogóle) nie dają się przekonać, by sprowadzić jednego z nich na dół, bo przecież na chorobę wysokościową cierpią tylko „westmeni”, a nie ludzie stąd. Fragmenty o tej egzotycznej dla nas kultury są warte uwagi, bo np. możemy dowiedzieć się, że „kręcenie lodów” obraża świętą Czomolungmę. Celowo nie wyjaśnię, o co chodzi. 😉

Szperając za informacjami o tej wyprawie, natknęłam się na „Wspinaczkę” Anatolija Bukriejewa, który był zatrudniony jako przewodnik w wyprawie Fischera. Książka miała być odpowiedzią na artykuł Krakauera i krytykę postawy rosyjskiego wspinacza. Przyznam, że w czytając „Wszystko za Everest” nie odczułam jakiejś szczególnie mocnej negatywnej oceny jego osoby, wręcz przeciwnie – Krakauer chwalił i podziwiał bohaterstwo Bukriejewa, m.in. za podjęcie samotnej akcji ratowniczej w momencie, w którym sytuacja na górze była już naprawdę fatalna. Dziennikarz wymienił szereg błędów i niedociągnięć, ale Halla i Fischera, pisał również o innych ekipach, które nie pomogły. W przypadku Rosjanina wspomniał o tym, że nie czekał na schodzących ze szczytu klientów, sam udał się do obozu, by się ogrzać i odpocząć. Chciał zyskać nieco sił, by w razie potrzeby mieć energię potrzebną do zaniesienia tlenu na górę. Jak się później okazało, ten dodatkowy zapas sił był niezwykle potrzebny.

Tak czy inaczej, podczas czytania nie warto nastawiać się na ocenianie bohaterów wypraw. Przerażające jest to, że ta historia zdarzyła się naprawdę, niektóre fragmenty można odebrać jako „plotkarskie”, ale jest to niezwykłe studium ludzkich zachowań w ekstremalnych warunkach. Krakauer bardzo dokładnie opisał swoje samopoczucie i postępujący rozstrój organizmu na poszczególnych wysokościach, nie szczędził też dość drastycznych relacji o odmrożeniach, objawach choroby wysokościowej czy pozostawiania jeszcze żywych osób na górze, by „natura dokonała dzieła”. Normalnie wydaje się nam to nie do pojęcia, ale tam rządzi Everest i to on ustala reguły.

Dla niektórych ta recenzja pewnie będzie odgrzewaniem kotleta, ale bardzo lubię moment, w którym książka długo próbuje mnie „odnaleźć” i w końcu jej się to udaje. Najlepiej, gdy taki tytuł od razu „zaprowadza” mnie do kolejnego, a tutaj właśnie tak się stało. Niesłabnąca popularność tej książki nie powinna nikogo dziwić, a nizinny laik nie będzie żałował czasu poświęconego na lekturę, bo to bardzo dobra literatura faktu, która serwuje czytelnikowi cały pakiet emocji i przemyśleń.

Alicja Sikora