Prawie sześć lat temu Łukasz Orbitowski wydał swoją trzecią książkę, „Tracę ciepło”. W tym roku Wydawnictwo Literackie postanowiło wznowić tę powieść. To dobra decyzja, bo autor zaserwował nam spory kawałek intrygującej literatury.

Krytycy ochrzcili Orbitowskiego (rocznik 1977) mianem „polskiego Stephena Kinga”, jednakże porównywanie urodzonego w Krakowie pisarza do mistrza horroru chyba jest trochę na wyrost. Nie znaczy to jednak, że Orbitowski pisze źle, tylko w nieco odmiennym stylu. I na dobre mu to wychodzi.

„Tracę ciepło” składa się z trzech pozornie nie powiązanych ze sobą historii, które łączą postaci głównych bohaterów: Konrada i Kuby. Mamy także Jeziora, które są integralnym elementem powieści. Jak zauważa autor: zawsze wracają. Pewnie dlatego, żeby sprawdzić, czy się pamięta. „Pamiętam” – mówi Kuba, który rozpoczyna swoją opowieść w „roku zero”(1990). „Jak mógłbym zapomnieć o tym, co się stało?” – zastanawia się.

W pierwszej części powieści nastoletni Kuba – ofiara szkolnych oprychów oprowadza nas po zakamarkach krakowskiego Kazimierza i opowiada o roku przemian. Wtedy to Polska zaczęła „zrzucać starą skórę” i otworzyła się na napływ podniet z zachodu (magazyny porno, kasety magnetofonowe z zakazaną muzyką, no i książki, które kupowano wtedy nie na sztuki, a na metry). W takiej właśnie scenerii ginie szkolny tercjan – Hadała. Czy to był wypadek spowodowany nadmiernym spożyciem alkoholu przez woźnego, czy też zabójstwo? A jeśli tak, to kto i dlaczego go zabił? Czemu Kuba, a później Konrad widzą rzeczy niedostępne dla innych? Czym jest tytułowa „strata ciepła”? Orbitowski tylko pozornie odpowiada na te pytania, a dodatkowo wplata do powieści wątki, które zamazują nieco obraz tej historii.

„Tracę ciepło” to nie tylko książka obyczajowa z wątkami kryminału i grozy. To także opowieść o dojrzewaniu, walce z kompleksami i trudnej męskiej przyjaźni, która, jak to zwykle bywa, rodzi się w bólach.

Natalia Doległo