Naszym zdaniem

Autor próbuje wyjaśnić, a przynajmniej pomóc zrozumieć, w jakich warunkach pracowało się na scenie Ludowej Ojczyzny po 1945 roku. A jednak w jego dziele brakuje zbyt wielu elementów, by obraz mógł uchodzić za wiarygodny.

7
Styl i język
5
Treść
9
Okładka
9
Zapach

„O, nie tak, panowie, nie tak!” – chciałoby się wykrzyczeć słowa niegdyś słynnej piosenki, w trakcie niewątpliwie interesującej lektury książki Mieczysława Wojtczaka Teatr na scenie polityki 1944-1969. Jej autor, dziennikarz i publicysta, to działacz partyjny w latach 70. i 80., który do grudnia 1981 roku był Kierownikiem Wydziału Kultury KC PZPR. Czytając jego pracę, możemy odnieść wrażenie, że autor niewątpliwie zgromadził wiele cennych dla historyków polskiego teatru dokumentów, ale nadal, niestety, żyje pełną wiarą w absolutną zgodność zawartych w nich teorii z praktyką.

Wydaje się, że piękne słowa i godna podziwu, niemal zapierająca dech w piersiach, troska o stan polskiego teatru, bijąca z materiałów PPR, PPS i PZPR aktualnie zgromadzonych w Archiwum Akt Nowych, nadal urzekają autora. Pozwalają mu budować iście niejasne konstrukcje myślowe, jak choćby ta, którą znajdujemy na stronie 122 – wyraźnej zmiany na dobre w polityce kulturowej przełomu lat 1949-1950 autor dopatruje się w „rozszerzaniu kręgów twórców, których dotychczas pomijano” czego wyrazem, zdaniem Wojtczaka, miały być audycje o – wymienionych jednym tchem – „Jakubie Jasińskim, księdzu Piotrze Ściegiennym, Edwardzie Dębowskim, Jarosławie Dąbrowskim, Feliksie Dzierżyńskim…”. Panteon postaci, gdzie obok siebie autor umieszcza Dzierżyńskiego i Jasińskiego budzić musi nie tylko niepokój, ale i zażenowanie, co do wartości najnowszych wniosków z badań nad dziejami polskiej kultury…

Na okładce książki znajdziemy informację, że „w ramach Polski Ludowej działali wielcy artyści znani z twórczych dokonań w dwudziestoleciu międzywojennym: Juliusz Osterwa, Aleksander Zelwerowicz, Aleksander Węgierko, Edmund Wierciński”. A gdzie niby mieli tworzyć? Czy zdaniem autora powinni raczej wyemigrować?! Działali, bo Polska, Ludowa czy nie, była ich ojczyzną, a teatr po prostu pracą i życiem. Czytając Teatr na scenie polityki 1944-1969, miałam wrażenie, że to, co było tylko pustosłowiem, mirażem i pobożnym życzeniem, dla Wojtczaka jest faktem historycznym. Nie muszę chyba dodawać, że równa się to skłonności do pobieżnej i niezbyt uczciwej analizy. Oczywiście, historię trzeba interpretować na różne sposoby i po swojemu, ale szczególnie ostrożni powinni być ci, którzy próbowali ją tworzyć (a teraz, po latach, mają tendencję do „pamiętania tylko o tym, co dobre”, a może po prostu o tym, co stawia ich samych w najbardziej korzystnym świetle). Dla kogoś, kto dotychczas nie miał okazji przyjrzeć się historii polskiego teatru, niebezpieczeństwo dzieła Wojtczaka polega na tym, że może sprawiać ono wrażenie rzetelnego i wyczerpującego temat.

Autor próbuje wyjaśnić, a przynajmniej pomóc zrozumieć, w jakich warunkach pracowało się na scenie Ludowej Ojczyzny po 1945 roku. A jednak w jego dziele brakuje zbyt wielu elementów, by obraz mógł uchodzić za wiarygodny. To, co chcieli zostawić po sobie w archiwach funkcjonariusze partyjni, nie jest równoznaczne z tym, jak w praktyce prowadzona przez nich polityka dotykała artystów teatru. Tak, polecam zapoznać się z Teatrem na scenie polityki 1944-1969, bo to pouczająca wyprawa w świat dla wielu młodszych czytelników odległy; polecam przeczytać tę książkę ku przestrodze przed powrotem w czasy absurdu i przed językiem absurdu, wciąż tak często używanym podczas próby oceny minionych lat.

Joanna Roś