„Musiałbym być ciężko chory, żeby pójść na ten numer. Ale ostatnio coś kiepsko się czuję” – mówi Duńczyk w Vabank. Przedwojenna Polska w tym filmie przypomina nieco świat westernów, ale wydaje się, że w rzeczywistości również nie brakowało wtedy kasiarzy, włamywaczy, wielkich morderców i drobnych złodziejaszków.

Szerokie tło owej sytuacji kreśli Monika Piątkowska w swojej książce Życie przestępcze w przedwojennej Polsce: Grandesy, kasiarze, brylanty.  Mnóstwo zdjęć z epoki oraz barwne szczegóły przenoszą w czasy sprzed osiemdziesięciu lat. Przeczytamy tam o wszystkim: począwszy od sprawy Gorgonowej przez słynnego kasiarza Szpicbródkę aż po tysiące mniej słynnych (choć czasami nie mniej drastycznych) kradzieży, morderstw i skandali. Autorka przekopała się przez wiele przedwojennych wspomnień oraz roczników gazet, na czele ze legendarnym „Tajnym Detektywem”. Tygodnik ten w latach trzydziestych dostarczał ponurej satysfakcji płynącej z czytania o okrutnych zbrodniach, naiwnych ofiarach i ukaranych przestępcach. Brzmi to jak z najpodlejszego brukowca, lecz najdziwniejsze, że podobno większość z nich naprawdę zaistniała.

Wiele z tych spraw przywołuje również Monika Piątkowska, ucząc nas o tej stronie życia w II Rzeczypospolitej, o której chętnie zapominamy: młode państwo, borykające się z kryzysem finansowym, nie potrafiło ochronić obywateli przed biedą czy przestępcami. Tak więc historie o okrucieństwach dziejących się na wsi czy bezdusznych oszustwach w miastach wcale nikogo wtedy nie dziwiły. W Życiu przestępczym w przedwojennej Polsce znajdziemy ich cały katalog.

Tak głębokie zanurzenie się przez autorkę w tekstach źródłowych ma jednak swoje wady. Miejscami język, jakim opowiada, bardzo dużo czerpie ze stylu przedwojennej prasy: nieco skandalizującego, trochę pogardliwego wobec „tych gorszych”, lekko ksenofobicznego (dlaczego Piątkowska ciągle używa formuły „starozakonni”?).

Ta swoista odmiana pastiszu brzmi dość kuriozalnie pod piórem współczesnej autorki, jak na przykład w rozdziale o prostytutkach: „Stołeczny robotnik, zarabiający w latach trzydziestych przeciętnie od 120 do 150 złotych, zakładając, iż na nic innego nie wydawałby pieniędzy, mógłby więc mieć ulicznicę 150 razy w miesiącu, a słynny defraudant Ruszczewski pobierający w Ministerstwie Poczt i Telegrafów pensję wynoszącą 5 tys. złotych mógłby chodzić do „chustkowej” sto razy dziennie”.

Ach, ci przedwojenni amanci i ich słynna jurność…

Filip Skowron