Może czas, w którym chciałam wcześniej napisać recenzję był nieodpowiedni? Może musiało mi się coś poukładać w głowie? Teraz wiem, że błędem było przeciąganie napisania tego tekstu w nieskończoność, bo już wiele z lektury zapomniałam i będę się musiała posiłkować podkreślonymi cytatami. Ale z drugiej strony musiałam chyba dojrzeć do myślenia Susan.

Po raz kolejny, na własne życzenie, kolokwialnie mówiąc, wpakowałam się w znajomość z Susan Sontag. Ona znika, potem znów się pojawia, a ja nie potrafię jej odesłać. Choć absolutnie nie potrzebuje mnie, by istnieć. Ma innych adoratorów. Na całym świecie; a od jakiegoś czasu także w Polsce.

Mowa oczywiście o najnowszej książce poświęconej Susan Sontag, „Myśl to forma odczuwania”, czyli wywiadu-rzeki przeprowadzonego przez Johnatana Cotta z tą wybitną amerykańską intelektualistką.

Rozmowa ta rozciąga się na różne pola. Począwszy od choroby Susan, poprzez wojny, politykę, medycynę, poezję, literaturę, sztukę, skończywszy na religii. Mowa jest także o tzw. początkach, które przywołuje Cott, i co owe początki oznaczają.

Absolutnie trzeba zaopatrzyć się chociażby w ołówek, bo co rusz znajduje się w wypowiedzi Susan jakieś zdanie perełka, o którym nie można zapomnieć i należy podkreślić.

Po raz kolejny, patrząc przez pryzmat choroby, mamy do czynienia z osobą, która mimo wielu trudności ma w sobie jakiegoś rodzaju optymizm i niezmordowaną chęć życia poprzez zdobywanie wiedzy i nabywanie doświadczenia. Przecież „zepsuty zegarek dwa razy wskazuje dobrą godzinę”, mówi.

Poprzez lekturę tego wywiadu zobaczyłam także Susan-perfekcjonistkę. Dowodzi tego m.in. fakt, jak bardzo przywiązywała wagę do okładek swoich książek. Musiały być wręcz „idealne”. Albo idealnie, albo w ogóle. No, może nie za wszelką cenę, ale jednak to, czego Susan się podejmowała, musiało być zrobione przynajmniej na 95%.

Moją uwagę zwróciło także takie oto zdanie Susan: „Uważam, że dobrze by było, gdyby mężczyźni stali się bardziej kobiecy, a kobiety bardziej męskie”.

I właśnie w tym momencie wyobrażam sobie lawinę gorzkich słów idącą w moją stronę. Nie, moi drodzy, to nie gender. Nie uważam, żeby to zdanie wymagało tłumaczenia, jeśli odepchniemy od siebie błędny światopogląd. Chodzi przecież przede wszystkim o zrozumienie się obu stron. O rozwijanie wrażliwości na drugiego człowieka. O jego potrzeby. Taka Susan była. Wydawać by się mogło, że jej rozwijanie się służyło tylko jej, jednak swoją postawą chciała przede wszystkim pokazać i powiedzieć innym: ” hej, tak można”.  Myślę, że wiele osób potrzebowałoby kogoś takiego wysłuchać, poobcować z jej intelektem.

A Johnatan Cott? Cudownie dotrzymuje kroku swojej rozmówczyni. Rzuca cytatami na prawo i lewo, jakby wiedział, co za chwilę powie Susan, albo odwołując się do poprzednich jej wypowiedzi, właśnie stara się do tego odnieść. Urzeka mnie jego niesamowicie obszerna wiedza. Można powiedzieć, że w tym wywiadzie-rzece mamy do czynienia z dwoma wręcz równorzędnymi intelektami. I to się nazywa uczta czytelnicza. W moim przypadku kolejna.

Maria Budek