Naszym zdaniem

O tych, którzy wierzą, że „Urszula Dudziak powinna być prezydentem, a artyści trochę wariatami”

6
Styl i język
5
Treść i fabuła
7
Okładka
8
Zapach

„Urszula Dudziak powinna być prezydentem, a artyści trochę wariatami” – takie wnioski, ale i życzenia zapisuje w swoim felietonie, opublikowanym na łamach Gazety Wyborczej Łukasz Kamiński (Trzy muzyczne dni i noce. Niezwykle udane Europejskie Targi Muzyczne Gazety CJG, „Dodatek: Stołeczna, Kultura”, 01.08.2012). Zapisuje nie „tak po prostu”, ale po Europejskich Targach Muzycznych „Gazety Co Jest Grane”, których już czwarta edycja odbyła się w listopadzie w Pałacu Kultury i Nauki. Ale o ile Urszula Dudziak zebrała na targach gromkie owacje podczas panelu o kobietach w show-biznesie, tak książka-album W rytmie świata. Warszawa na skrzyżowaniu kultur, której jest jedną z bohaterek, równie silnych emocji już nie wzbudza.

Festiwal Skrzyżowanie Kultur, zaproponowany przez władze stolicy w 2005 roku, a organizowany od początku przez Stołeczną Estradę, największą warszawską instytucję kultury, to prezentacja wyjątkowych osiągnięć z zakresu muzyki i kultury świata, znamienne wydarzenie tego rodzaju nie tylko na tle Polski, ale i całej Europy. Kto ważyłby się polemizować z faktem, że w ciągu dziewięciu lat istnienia festiwal zbudował swój własny, zjawiskowy kontynent na kulturalnej mapie Warszawy, przyciągnął wierny, wymagający krąg odbiorców? Któż zdołałby wymienić z pamięci nazwiska prawie dwustu artystów indywidualnych i nazwy grup z sześćdziesięciu krajów, które swoją twórczością otwierały dotychczas Warszawiaków i gości ich miasta na bogactwo kultur współczesnego świata?

Odnoszę wrażenie, że autorki W rytmie świata. Warszawa na skrzyżowaniu kultur, a mam tu na myśli pomysłodawczynię koncepcji artystycznej, Annę Król oraz projektantkę graficzną Katarzynę Jasińską, miały stworzyć Rytm świata, jako że książka powstała na zlecenie Stołecznej Estrady, takim, „jaka jest sama Warszawa i cały współczesny świat” – otwarty i wrażliwy na kulturową i artystyczną różnorodność, „jeszcze ciekawszy innych”, „nieustannie poszukujący”. Wynikła z tego publikacja po trochu dokumentująca dotychczasowe edycje festiwalu, będąca podręcznikiem do poruszania się po nim, zbiorem krótkich notek biograficznych i osiągnięć artystycznych zarówno muzyków, jak i krytyków czy organizatorów, wyborem wywiadów z tymi, bez których Festiwal nie zdobyłby rozgłosu, na temat zmieniającej się wciąż wrażliwości, również Polaków, na brzmienia z różnych zakątków globu.

Paradoksalnie, pomimo całej tej różnorodności, oprawionej w prace bez wątpienia utalentowanych fotografów, ze skutkiem łapiących symfonie, magnetyczne brzmienia, lokalne tańce, wyjątkową rytmikę z oddalonych od stolicy Polski wysp świata na swoje fotograficzne klisze, pomimo wspominanych budujących rozmów, czy to z redaktorem naczelnym „Songlines Magazine”, prezentującym muzykę świata, czy to z Maciejem Szajkowskim bądź Kayah – polskimi artystami zafascynowanymi tymże nurtem, W rytmie świata. Warszawa na skrzyżowaniu kultur nie jest czymś więcej niż obszerną, wyczerpującą reklamą, barwnie wydanym „materiałem festiwalowym”. I jako taka zmusza do refleksji: jest pięknie, że organizuje się wydarzenia, gdzie prezentowana jest twórczość, powstająca poza głównym komercyjnym obiegiem, jest pięknie, że jeden z nich rozkwitł w naszej, chcącej smakować obce smaki, Warszawie, że nie brakuje reporterów opowiadających o tym nowym świecie w polskiej przestrzeni artystycznej – ale nie jest już piękne założenie, że jeśli eksplozja nieoczekiwanych połączeń muzycznych owocuje sukcesem Skrzyżowania Kultur, to eksplozja zachwytów nad niezapomnianymi koncertami, zakulisowymi spotkaniami, wypisów z programów, fotograficznych opowieści o Afryce, stanie się wyjątkowym świadectwem tego, jak w Warszawie co roku spotyka się świat.

W rytmie świata nie nabędzie żaden z tych czytelników, który odkryje u siebie w oszklonym, zabytkowym regale zbyt obszerną lukę, dla kogoś zaś, kto przed sięgnięciem po nią nie słyszał o festiwalu, nie będzie podręcznym informatorem, bo publikacja liczy sobie prawie 200 stron, a historyk widowisk nie sięgnie po nią jak po podręcznik, bo za mało tu okołofestiwalowej fabuły. Widz, który miałby go zakupić na przyszłorocznym festiwalu, jeśli nie będzie mieć ze sobą plecaka, machnie ręką, mówiąc: „ciekawy, ale niepraktycznie i nieporęcznie wydany”.

Czy będzie wręczany przy okazji tym, którzy w jakiś sposób się zasłużyli dla festiwalu? W torbie reklamowej obok długopisu z Syrenką, bloczkiem kartek z nadrukiem logo festiwalu i smyczą na klucze prezentować się będzie bogato i dostojnie.

Joanna Roś

bloglovin