Jako fanka absurdu w każdej postaci, ironii wszelakiej oraz sprawnego żonglowania językowymi tworami nie mogłam sobie odpuścić spotkania z Eduardem Mendozą, który to połączeniem wymienionych wcześniej czynników urzekł mnie niegdyś w „Przygodzie fryzjera damskiego”. Na spotkanie dotarłam nieco przed 18, a przed wejściem na salę PWST zastałam tłum ludzi oraz pana dzielnie broniącego wejścia na nią, który wszystkie pytania dotyczące tego, czy są jeszcze miejsca odpierał stanowczym „Nie!”. Nie zrażając się zaistniałą sytuacją, w myśl zasady „jak nie drzwiami, to oknem”, wygrzebałam z portfela moją nowo nabytą legitymację prasową, przecisnęłam się do przodu i zaskoczyłam pana pytaniem „A czy media wejść mogą?”, na co pan tym razem odpowiedział „Tak, pani może” i wpuścił mnie na salę. No i się zaczęło…

Sala rzeczywiście wypełniona była po brzegi, ludzie zajmowali każde wolne miejsce okupując nawet schodki, po których postanowiłam sobie zejść na sam dół, aby autorowi przyjrzeć się bliżej, z racji tego, że do tej pory „widziałam” go tylko na papierze. Oczekiwanie na przybycie gościa umiliła mi starsza pani, która przysiadła się na mój schodek. Pani okazała się być byłą aktorką PWST, a na spotkanie ściągnęła ją nie literacka miłość do Eduarda Mendozy, ale plakat, który zobaczyła gdzieś na mieście, „a na nim tego przystojnego pana”. Na spotkanie trafiła więc całkiem przypadkiem, o pisarzu słyszy po raz pierwszy, a poza tym, to ma nadzieję, że spotkanie nie będzie zbyt długo trwało, bo jest umówiona na randkę ze swoim o 20 lat młodszym narzeczonym. Siedząca opodal nastoletnia fanka Kinga rzekła na to filozoficznie, że „na miłość nigdy nie jest za późno”, co pani aktorka zripostowała tym, że „jaka tam miłość, żadna miłość, to jak się ładnie mówi – nadawanie na tych samych falach. Lubimy sobie posiedzieć, porozmawiać, do knajpy wyjść, drinka wypić”. Z rozmowy wybiły nas oklaski, okazało się bowiem, że na scenie pojawił się Mendoza, a wraz z nim Carlos Marrodán Casas, Abla A. Murcii Soriano i tłumaczka, po czym zasiedli na bardzo gustownej sofie i fotelach, przywitali się i szybko z nich wstali, bo na ścianie za nimi pojawił się film:

Rozmowa toczyła się głównie wokół najnowszej książki Mendozy, jaką jest Wyspa Niesłychana, której akcja, o dziwo, nie dzieje się w Barcelonie, a w Wenecji. Autor zapytany o powody, dla których zmienił swoje ulubione tło dla wydarzeń odpowiedział, że zagadnął prezydenta Barcelony o profity z reklamy miasta, a gdy prezydent nie miał nic do zaproponowania, padło właśnie na Wenecję. Eduardo Mendoza jest autorem nie tylko książek zacnego pokroju „Przygody fryzjera damskiego” i pozostałych dwóch części trylogii, ale również dzieł „nieco bardziej poważnych”. Ponoć książki swoje pisze sinusoidalnie, raz mniej poważna, raz bardziej, raz mniej poważna, raz bardziej… Na pytanie o to, co będzie następne odpowiedział tytułem posta (a raczej to tytuł nawiązuje do wypowiedzi Mendozy): Nie należy zgadywać, co przyniesie przyszłość. Całe spotkanie trwało ponad godzinę, nie sposób przytoczyć więc wszystkich poruszanych wątków, mogę jednak stwierdzić jedno:

Eduardo Mendoza jest przesympatycznym starszym panem, od którego pozytywna energia bije nawet wtedy, gdy się nie uśmiecha, a uśmiecha się bardzo często, więc energia ta bije od niego podwójnie. Wspominał, że osobowościowo dużo bliżej mu do lumpowatego fryzjera, niż do postaci z najnowszej książki. Najnowszej książki nie miałam okazji jeszcze poznać, ale jestem absolutną fanką wspomnianego lumpa, więc krótko mówiąc: kupuję to! 🙂

Po spotkaniu autor udał się zapłacić cenę za swoją, całkiem zresztą zasłużoną, popularność (czytaj: rozdawać autografy) a ja udałam się do wyjścia klnąc pod nosem, bo właśnie wtedy zorientowałam się, że nie zabrałam ze sobą książki oraz że nie mam przy sobie gotówki, by zakupić którąś z najnowszych pozycji wdzięczących się z ustawionego obok wejścia do sali stolika.

Tym samym żywię gorącą nadzieję, że Eduardo Mendoza zechce jeszcze Kraków odwiedzić oraz że następnym razem moja pamięć będzie funkcjonowała nieco lepiej, choć lekarze twierdzą, że z wiekiem to się człowiekowi tylko pogardza. Ale kto by tam wierzył lekarzom!

Źródło: blog.justynides.pl