Nigdy nie przekonam się do czytników. Nie mają tego cudownego zapachu papieru i druku, nie da się wertować stron, a poza tym e-book to taka śmieszna namiastka książki. Tak mówiłam jako zatwardziały wyznawca papierowego szczęścia, który nie zamierza interesować się technologiami XXI wieku.

Jakiś czas później trycałam patykiem czytnik znanej firmy, żeby sprawdzić co to jest, bo zachwyt ludzi wydawał się nieuzasadniony. Niestety, odkryłam pewne zalety, a mąż, entuzjasta wszelakich nowinek technicznych, zaczął mnie straszyć, że w końcu zrobi mi zdjęcie podczas czytania e-booków, żebym nie mogła wygłaszać opinii podobnych do tego, co napisałam na samym początku. Co jakiś czas korzystałam z naszego czytnika, zwłaszcza gdy jakiś tytuł zainteresował mnie na tyle, że chciałam go „teraz, zaraz!” – zakup e-booka trwa tylko kilka chwil, można też trafić na dobre promocje, a książkowe marzenie można spełnić nawet w środku nocy. Doszło do tego, że rozważaliśmy dokupienie drugiego czytnika, a mniej więcej wtedy w ręce wpadł nam inkBook Obsidian.

Pierwsze zaskoczenie – inkBooki są produkowane przez wrocławską firmę Arta Tech. Czytnik na pierwszy rzut oka wygląda bardzo ładnie, zdecydowanie bardziej elegancko od tego, którego kupiliśmy wcześniej i w porównaniu ze sprzętem oferowanym przez wiodące marki. Jak sprawuje się polski czytnik? Czy jest szybki, wygodny w użytkowaniu i godny polecenia? Przyglądnijmy się bliżej! 🙂

  • wygląd

Jak już wspomniałam, inkBook prezentuje się bardzo dobrze na tle zagranicznych „kolegów”. Czytnik jest sprzedawany w ładnych opakowaniach, choć trochę żałuję, że nieco ukryto informację o polskim pochodzeniu produktu (szansę na zauważenie tego ma tylko ktoś wnikliwy). Co ważne, inkBook dobrze leży w dłoni, jest lekki i miły w dotyku (z czytnikiem spędza się długie godziny, więc to istotne, by nie trzymać w ręce szorstkiej cegły ;)).

  • włączanie i menu

Za szybkość uruchamiania muszę przyznać ogromnego plusa. Włączenie następuje kilka krótkich chwil po kliknięciu przycisku, a biorąc pod uwagę moje wcześniejsze doświadczenia, wcale nie jest to takie oczywiste. Menu jest wygodne, wszystko można znaleźć. Na samej górze widzimy listę trzech ostatnio czytanych tytułów, potem ostatnio dodanych, a poniżej przyciski m.in. Biblioteka, Aplikacje, Drive (Dysk). Oprócz tego mamy tu także ikonę żarówki, czyli zmianę jasności, zegar oraz poziom naładowania baterii.

  • ekran, obraz i tekst

Czas rozpocząć czytanie! Obsługa ekranu nareszcie jest taka jak powinna (w końcu!) – po dotknięciu wybranej opcji nie trzeba czekać aż czytnik „załapie” o co nam chodzi. To samo dotyczy klawiatury. Jeśli chodzi o obraz, to jest tu znacznie dokładniejszy (jaśniejszy i posiadający więcej punktów na cal, co przekłada się np. na bardziej wygładzone czcionki). Sam e-book ładuje się ekspresowo, a skoro już mowa o fontach – do wyboru 28 rodzajów, w rozmiarach od 14 do 78. Najistotniejsza rzecz: można je zmieniać w trybie rzeczywistym. W moim pierwszym czytniku trzeba było najpierw zapisać wybrane dane, poczekać i dopiero wtedy można było ocenić efekt. Zanim odkryłam najlepsze ustawienie minęło tyle czasu, że spokojnie mogłabym przeczytać rozdział książki…

Na samym początku nie mogłam przyzwyczaić się do przycisków po bokach. Służą one do zmieniania stron i w praktyce okazały się genialnie. Oczywiście można też przewracać strony klikając w ekran, ale dzięki magicznym przyciskom unika się brudzenia ekranu. Zrobiliśmy też mały eksperyment z odwróceniem czytnika „do góry nogami” – wyświetlanie tekstu automatycznie dostosowało się do tej zmiany, ale przyciski już nie (należy to samemu zmienić w ustawieniach). Muszę jeszcze wspomnieć o tym, że po kliknięciu nie zostają żadne „kawałki” tekstu z poprzedniej strony, co było bardzo uciążliwe w naszym pierwszym czytniku (również w sprzętach innych firm).

InkBook ma też standardowe funkcje jak np. wirtualne zakładki, przeszukiwanie tekstu po słowie. Informacja dla tych, którzy siedzą z książką do rana – światło jest równomiernie rozprowadzone, nie razi, a czytanie w nocy nareszcie nie powoduje bólu oczu.

  • pojemność i obsługiwane formaty

Czytnik zmieści 8GB, co jest ogromną pojemnością. Dla przykładu: „Dziewczyna z pociągu” to 530 KB, „Przesunąć horyzont” Wojciechowskiej (tekst + 102 fotografie) to 10 MB. Gdyby jednak dla kogoś było to zbyt mało, w razie potrzeby można włożyć kartę SD.

InkBook odczytuje wszystkie najpopularniejsze formaty (m.in. PDF, EPUB, MOBI), ale prawdziwy killer feature to genialna obsługa plików PDF. W tych tekstach stosuje się zwykle duże marginesy, przez które nasz poprzedni czytnik „głupiał”, a czytanie było praktycznie niemożliwe. InkBook potrafi dostosować ekran do takiego tekstu (sam przycina problematyczne marginesy).

  • aplikacje, przeglądarka i ściąganie nowych e-booków

W porównaniu z naszym poprzednim czytnikiem ten ma więcej aplikacji. Do wyboru mamy m.in. Bibliotekę, Internet, Notatnik, Pocztę – słowem, najpotrzebniejsze rzeczy. Dodatkowych udogodnień można szukać w domyślnie zainstalowanym sklepie Midiapolis App Store (również tutaj pokażą nam się dostępne aktualizacje). Dla przykładu zainstalowałam Wikipedię – wybrane artykuły szybko się wczytywały, choć trochę irytował mnie „migający” ekran. Do sprawdzenia kilku haseł jest ok, ale gdybym potrzebowała więcej informacji z Wiki, na pewno wolałabym skorzystać z laptopa. Wspomniane „mruganie” jest jednak ograniczeniem technologicznym, a nie wadą urządzenia – obecnie nic nie da się z tym zrobić (choć mam nadzieję, że w końcu ktoś znajdzie rozwiązanie :D).

Przeglądarka działa dość sprawnie (co dla nas jest szokiem, bo do tej pory mieliśmy „przyjemność” z ikonką przeglądarki wstawioną chyba dla żartu, bo i tak nie działała), dzięki czemu bez problemu można ściągać e-booki z księgarń internetowych i wzbogacać naszą wirtualną bibliotekę. To istotne również z tego względu, że to krok do przodu w porównaniu ze starszymi wersjami czytników – nie jesteśmy przymuszani do korzystania tylko z dedykowanych aplikacji do pobierania książek.

  • gniazdo ładowania

Kabelek do ładowania wchodzi od góry czytnika, co dla nas jest trochę niezrozumiałe i problematyczne. Fakt, że rzadko się tego używa, ale jeśli się zdarzy, to jest nieco uciążliwe również z racji krótkiego kabla.

  • Wi-Fi

Korzystanie z Wi-Fi niestety pobiera za dużo prądu, a na rynku są dostępne rozwiązania, które potrafią znacznie to ograniczyć (np. funkcje standardu 802.11ac). W ciągu dnia człowiek musi pamiętać o tylu rzeczach, że fajnie byłoby, gdyby czytnik sam (np. zaraz po włączeniu) informował o tym, że Wi-Fi jest włączone, bo pozwoliłoby to zaoszczędzić baterię.

  • Android

Recenzowany model miał swoją premierę w 2015 roku, a zainstalowana na nim wersja Androida w lutym 2013 roku. Co ciekawe, dwa najnowsze inkBooki zainstalowano na dokładnie tej samej wersji (4.2.2). Nie wiem, skąd to przywiązanie firmy, ale użycie nowszej wersji systemu pozwoliłoby np. na przeglądanie stron w trybie AMP, dzięki czemu szybciej by się ładowały.

Podsumowując: czytnik być może nie jest idealny, ale wg mnie zdecydowanie zasługuje na polecenie, bo wskazane tu wady nie wpływają na ogólny komfort użytkowania, a w przypadku niektórych rzeczy trzeba po prostu poczekać na rozwój technologii. Czyta się na nim z przyjemnością, a przecież o to chodzi. Jeszcze raz podkreślę, że inkBook jest produkowany przez polską firmę, a pod kilkoma względami jest znacznie lepszy od zagranicznych i bardziej znanych czytników. Będąc w sklepie ze sprzętami tego typu koniecznie zwróćcie uwagę na inkBooki, zwłaszcza że ostatnio pokazały się dwa nowe modele: Classic 2 i Prime (więcej na ten temat).

Ten tekst ma też skutek uboczny i jest lepszy od fotografii, którą mnie straszono. Już nigdy nie będę mogła publicznie marudzić, że czytniki i e-booki to zło. 😉

Alicja Sikora
ze wsparciem Piotra Sikory (Virusa)

Fot. Timeless Photography