Jesień 1905 r. w Krakowie była inna niż wszystkie. Do naszego miasta ściągało mnóstwo ludzi z Królestwa Polskiego, gdzie rozgorzała rewolucja, i dzięki temu w szybkim czasie Kraków zaludnił się zapalczywą młodzieżą oraz płochliwą burżuazją. Kawiarnie huczały, teatry były zapchane, wszyscy spotykali się i dyskutowali, starając się dowiedzieć jak najwięcej o ostatnich wydarzeniach, a jednocześnie zagłuszyć w jakiś sposób niepokój o dalszy rozwój wypadków.

Właśnie w takiej atmosferze 7 października w Cukierni Lwowskiej przy ul. Floriańskiej 45 odbył się bardzo tajemniczy wieczór, którego legenda wkrótce zaczęła rozbrzmiewać na ustach całego Krakowa. W zasadzie mogło to być już 8 października, jako że autorzy przygotowywanego występu czekali na wyjście zaproszonych przez siebie gości z Teatru Miejskiego, gdzie około północy kończyła się premiera.

Kiedy wszyscy się już zebrali, na malutką scenę wyszedł Jan August Kisielewski, w eleganckim fraku z białą chryzantemą w klapie oraz takich samych getrach. Nieco wstawiony, rozpoczął długą przemowę, przeplatając słowa polskie i francuskie, oraz wyzywając wszystkich od filistrów oraz „bydląt”. W końcu przywitał zgromadzonych na pierwszym wieczorze kabaretu Zielony Balonik.

Reszta potoczyła się już z górki – na scenie pojawiały się improwizowane scenki wyśmiewające elity miasta, grano na pianinie, śpiewano wspólnie okolicznościowe kurdesze; przy czym humor był miejscami hermetyczny, dotyczył głównie kręgów krakowskiego teatru oraz ASP. Konferansjera niestety musiano usunąć ze sceny, bowiem w napadzie pijackiego szału rzucił się na Jana Stanisławskiego, znanego pejzażystę, wyzywając go od „sytych burżujów”. Cały wieczór zakończył się dopiero nad ranem, nie z powodu porannej pracy (była już niedziela), lecz raczej ze zmęczenia wspólnym śpiewaniem, tańcami i rozmowami. Zresztą, jak pisze Boy, całe „zebranie miało charakter wielce towarzyski, o wysokiej temperaturze zgęszczonego spirytusu”. Nie doszło natomiast do zbiorowej orgii, o które oskarżano później Zielony Balonik i całą młodą cyganerię krakowską.

Wszystko to wiemy właśnie od Tadeusza Boya Żeleńskiego, który – co znamienne – sam nie będąc tego wieczoru w Jamie Michalika, opisał go z wielką swadą. Jest w tym więc pewnie wiele plotki, ale w końcu bez plotek, które urastały do legend, Zielony Balonik nie mógł istnieć.

Filip Skowron