Bronisław Maj (ur. 19 listopada 1953 w Łodzi) – polski poeta, eseista, tłumacz. Laureat kilku prestiżowych nagród, między innymi Fundacji Kościelskich. Mieszka w Krakowie, prowadzi zajęcia dla studentów polonistyki UJ. Przyjaźni się z Jerzym Pilchem i Marianem Stalą. Autor siedmiu tomików poezji: Wiersze , Taka wolność. Wiersze z lat 1971-1975, Album rodzinny, Zagłada świętego miasta, Zmęczenie, Światło, Elegie, treny, sny.

Jest Pan poetą, eseistą i krytykiem literackim. Czy powołania krytyka i poety nie przeszkadzają sobie wzajemnie?

Nie. Nie przeszkadzają, jeśli umie się je oddzielić, jeśli stawia się pewną dosyć wyraźną granicę, a pomagają wtedy, kiedy to, że się uprawia jakąś twórczość, akurat w tym wypadku są to próby poetyckie, to pozwala być może lepiej zrozumieć „mechanizmy” rządzące tą twórczością, i lepiej zrozumieć poetę. Mam nadzieję też, ze pozwala lepiej i głębiej wnikać w tekst, i rozmaite relacje miedzy autorem i poszczególnymi tekstami. Krótko mówiąc wiedza o poezji nie musi przeszkadzać w pisaniu, chociaż może obezwładniać, gdyż może pokazywać, że wszystko już napisano, i nie warto porywać się na pisanie, bo są takie rzeczy, których się nie przebije. Dlatego mówię, ze może przeszkadzać, ale nie musi. Tutaj na szczęście nie ma reguły. Natomiast jeśli chodzi o pracę krytyka, to może pomagać pod warunkiem, że się nie traktuje swojej krytyki jako broni w zwalczaniu innych poetów, innych języków, innych idei poetyckich.

Czy godzi się Pan z określeniem Pana jako „poety metafizycznego”?

Tak, ponieważ tak jest w encyklopediach i innych poważnych podręcznikach, i byłoby przejawem pychy, gdybym się nie zgodził.

Otrzymał Pan szereg nagród literackich, np. im. Mikołaja Sępa – Szarzyńskiego czy Fundacji im. Kościelskich. Czuje się Pan doceniony?

Tak. Przyznam się, ze najbardziej cenię nagrodę PEN CLUBU, choć nie powinno robić się chyba rozróżnienia w nagrodach, jednak to jest taka nagroda, którą przyznają „towarzysze cechowi”, czyli ludzie pióra. Jest to duże gremium, gdyż cały zarząd PEN CLUBU tworzy jury. Jeśli mierzyć docenianie nagrodami, to oczywiście byłbym niewdzięczny, gdybym powiedział, ze się czuję niedoceniony.

Powiedział Pan kiedyś, że „poezja jest czymś danym. Czuję wtedy, że zapisuję coś, co do mnie przychodzi i na czego przyjęcie trzeba być gotowym. To oczywiście nie znaczy, ze ja nie pracuję nad wierszem; przychodzi on jednak tylko do człowieka czystego, który nie zajmuje się niczym innym i żyje w stanie podwyższonego oczekiwania”. Co więc może sprawić, że zacznie Pan pisać nowy utwór?

Nie wiem, na szczęście naprawdę nie wiem. Może to sprawić chwila spokoju, jak i poczucie. Przyboś, którego wy dzisiaj nie czytacie…

Bo jest nudny.

Mówię, ze z pewnych względów możecie mieć rację, ale Przyboś powiedział, ze trzeba mieć przed sobą poczucie wieczności.

Ma Pan takie poczucie?

Nie, no dopóki żyję, to go nie mam, ale jeśli będę miał poczucie nie tyle wieczności, ale nie wiem, kilku miesięcy przed sobą, wyrwania się z takich okoliczności, w których się żyje na co dzień, to może wtedy cos powstanie, ale niekoniecznie. Ostatnie wiersze, jak pamiętam napisałem w Ameryce, kiedy byłem oddalony od swojej codzienności, od swojego języka, byłem w pewnym sensie w obcym świecie. Oczywiście ja w niego jakoś „wrastałem”, ale wtedy mogłem się skupić, jakby na sobie, i natychmiast popłynęły wiersze.

A na ile osobiste są Pańskie wiersze? Czy są jakimiś wyznaniami?

Na tyle są osobiste, na ile każdy wiersz jest w pewnym sensie osobisty, nawet jeśli poeta opisuje przykładowo stół, to w sposobie jaki opisuje jest jego osobowość, jest jego los, jego doświadczenie, natomiast kogoś, kogo można nazwać „bohaterem” moich wierszy nie można utożsamiać ze mną.

Jaka szkoda.

Ja jestem ciekawszy. On jest kawałkiem mnie zaledwie. Poza tym ja go wymyśliłem.

Tak jak Rafał Wojaczek wymyślił swoje poetyckie „ja”?

Nie aż tak, bo to jest cos niezwykłego w całej poezji chyba, wymyślić takiego homunkulusa, z całą świadomością.

Powiedział Pan kiedyś, ze wiersze należy pisać powszechną mową wszystkich/ pięciu zmysłów/ nieśmiertelnych”. Dlaczego?

To nie jest reguła ani przepis. Powiedziałem tak w jednym wierszu, ale nie wyrzekam się tego. To, co jest w wierszu zapisane było zapisane w tej powszechnej mowie, która wszystkich, która dotyka każdej istoty, wtedy to, co zapisane może jakoś tę drugą istotę obchodzić, można nazwać świat w języku, który ona też rozumie, w języku podstawowym.

Wiem, że najbardziej ze swojego dorobku literackiego ceni Pan wiersze. A felietony?

Tak, tylko, że felietony to twórczość użytkowa, ulotna, bardzo mocno przywiązana do określonej chwili historycznej. Ja miałem bardzo intensywny epizod felietonowy. Najpierw pisałem przez kilka lat felietony do „Gazety Wyborczej”, potem one wyszły w książce, a wokół tej ksiązki zrobił się pewien ruch, tak się to zbiegło, że przedmowę do tej książki napisała Wisława Szymborska tuz przed otrzymaniem nagrody Nobla, wiec tym bardziej na tę książkę zwracano uwagę. Właśnie wtedy dostałem propozycję pisania do kilku gazet. Wybrałem „Rzeczpospolitą”, i był taki czas, już nie pamiętam, ile to trwało, że pisałem dwa felietony tygodniowo, i to było już samobójstwo.

A czy uważa Pan, że poezja dzisiaj powinna mieć jakąś misję? Czy ma być głosem sumienia, czymś, co ocala podstawowe wartości moralne? Czy można pisać „sobie a Muzom”?

Nie ma reguł, jeżeli ktoś uważa, że pisanie poezji jest jego przeznaczeniem, w dodatku sprawia mu radość, i daje poczucie, ze robi coś z sensem, to jest to jego sprawa. Jeżeli ktoś się chce bawić w pisanie wierszy, czy traktuje to jako intelektualną grę, to także nie jest nic złego. Jest tyle języków poetyckich, ilu poetów, bardzo dobrze, że jest taka rozmaitość, ze nie ma jednego dominującego języka, który by wszystko zdominował, stłamsił. Dobrze, że nie jest tak, iż wszyscy piszą pod dyktat jakiejś jednej poetyki, jednego światopoglądu.

Krytyk literacki Marian Stala napisał o pańskich wierszach, iż „jest w nich podstawowe pragnienie uwolnienia się od lęku, oczyszczenia, zwrócenia się w stronę światła. To niewiele, to bardzo dużo”. Czy zgodzi się Pan z tą opinią, i to nawet nie dlatego, że się przyjaźnicie?

Nie tylko, że się przyjaźnię, ale mam świadomość, ze nie zgodzić się z Marianem Stalą, byłaby to samobójcza brawura. Oczywiście zgadzam się, i zwracam też uwagę, że ostatni mój tomik przed „Wyborem wierszy” nosi tytuł „światło”. Być może jest on zapisem próby wydobycia się z ciemności.

Marian Stala mówi o „ciemności w „świetle”, w „Drugiej stronie. Notatkach o poezji współczesnej” pisze, że poezja Bronisława Maja jest zaciemniona.

Zapewne tak jest, ale to dążenie do światła, jakiejś jasności, dobra, jest fundamentem. Tak mi się przynajmniej wydaje.

Jakie zdanie ma Pan na temat „buntowników” lat 60-tych, Ryszarda Krynickiego, Adama Zagajewskiego, Stanisława Barańczaka i oczywiście Rafała Wojaczka?

Trzech poetów z pokolenia ‘68 jest wybitnych w skali wieku, i każdy z nich na innym poziomie, każdy w inny sposób. Są to Krynicki, Barańczak, Wojaczek. Wojaczek, który przecież pisał bardzo krótko, ale stworzył swój własny, indywidualny styl, rozpoznawany po dwóch linijkach , zanurzony niesłychanie mocno w romantycznej tradycji, stworzył coś niesamowitego, takiego homunkulusa, sobowtóra, którego unicestwiając musiał zabić i siebie samego. To było niesamowite zupełnie, absolutna bezkompromisowość dosłowność w podejmowaniu pewnych gier literackich. Jest to poezja niesamowita, która od kiedy się z nią spotkałem, a miałem wtedy kilkanaście lat, zrobiła na mnie ogromne wrażenie.

Zupełnie inna jest poezja Krynickiego, która od takiej peiperowskiej, intelektualnej, a czasami prowokującej przechodzi do takiej ascetycznej, czasami na granicy milczenia, metafizycznej poezji. No i poezja Barańczaka, która łączy ze sobą niebywałą wirtuozerię językową, z metafizyczną perspektywą, szczególnie widoczne jest to w ostatnich jego wierszach. Pod tym względem żaden z poetów z Barańczakiem nie może się równać. Każdy z tych poetów jest inny, każdy jest wielki na swój sposób.

A podoba się Panu Film Lecha Majewskiego, „Wojaczek”? Dla mnie jest dosyć dziwny, hermetyczny,miejscami niezrozumiały.

To jest film dla fanów, dla „wtajemniczonych”. Film mi się podoba, nie tylko dlatego, że pokazuje samego Wojaczka, to co się z nim czy w nim działo, to jest chyba niemożliwe do pokazania.

Właśnie, jak można kręcić film o wierszach, o poezji.

Nie można, i ten film właśnie pokazuje, ze nie można, natomiast pokazuje kawałek tamtego świata, co dla widza młodszego jest mało czytelne. Niebywale trudne, a raczej niemożliwe jest pokazać prace poety i pracę pisarza, bo tak naprawdę to jest piekielnie nudne, po prostu siedzi facet przy biurku i pisze, i nic się nie dzieje. Jak się to widzi w różnych filmach, to zwykle jest to banał, że ktoś wyrzuca maszynę do pisania przez okno. Nikt nigdy nie wyrzucił maszyny! Nie ma rzeczy nudniejszej niż praca pisarza. Siedzi facet przy stole i pisze.

Pan też tak siedzi przy stole i pisze?

Nie, bo ja nie piszę.

Jak to?

Co ja ostatnio napisałem? Wybór wierszy.

Nie pisze Pan już w ogóle wierszy? Przecież „poetą jest ten, kto pisze wiersze, i ten, który wierszy nie pisze”.

To ja jestem tym, który nie pisze. Tak jak może być niepijący alkoholik, tak może być niepiszący poeta .

Którego z poetów europejskich XX wieku ceni Pan najbardziej, i dlaczego?

Kilku. Trudno będzie się jakoś ograniczyć, ale ponad wszelką wątpliwość będzie to Kawafis, Rilke, Brodsky, Miłosz, Celan, Larkin, poeci czescy, których zna się bardzo słabo. Gdybym miał taką listę układać, to byłoby to zapewne kilkadziesiąt nazwisk.

Jakie są Pana gusta literackie, innymi słowy, czego Pan szuka w literaturze? Czyta Pan w ogóle dla przyjemności?

Wyłącznie. Z obowiązku czytam bardzo mało. Dzisiejszą noc spędziłem na czytaniu z obowiązku tekstów nadesłanych na pewien międzynarodowy konkurs literacki, i jestem bardzo zdegustowany, bo to grafomania.

Jakoś nie słychać o skandalach z udziałem Bronisława Maja, wnioskuję z tego, że nie lubi Pan „bywać”?

Oczywiście, ze lubię, tylko że nie są to imprezy robione na pokaz.

Czyli imprezy zamknięte, dla intelektualistów?

Dlaczego, są ciekawsi ludzie od intelektualistów. A mówiąc poważnie, oczywiście, że lubię bywać, spotykać się z ludźmi, którzy są ciekawi, mają poczucie humoru.

Dziękuję Panu za rozmowę.

Natalia Doległo / Fot. Anna Kaczmarz

NataliaD