Steffen Möller – niemiecki pisarz, aktor i kabareciarz. Pochodzi z Wuppertalu, choć od lat na stałe mieszka w Polsce. Wyróżniony Orderem Zasługi Republiki Federalnej Niemiec – niemieckim odznaczeniem państwowym przyznawanym za cywilne zasługi oraz Odznaką Honorową „Bene Merito” – polskim odznaczeniem cywilnym nadawanym przez Ministra Spraw Zagranicznych. Laureat licznych nagród i wyróżnień. Mawia się o nim, że zaraz po Angeli Merkel jest najbardziej znanym Niemcem w Polsce. Swoją popularność zawdzięcza telewizyjnemu programowi „Europa da się lubić” oraz roli Stefana w serialu „M jak miłość”. Prowadził także pierwszą edycję programu „Załóż się”.

Z wykształcenia jest teologiem i filozofem. Po raz pierwszy przyjechał do Polski w 1993 roku. Przez rok mieszkał w Krakowie, następnie przeprowadził się do Warszawy. Pracował jako nauczyciel niemieckiego w Liceum im. Królowej Jadwigi oraz na Uniwersytecie Warszawskim. Dotychczas na polskim rynku wydawniczym ukazały się jego książki: „Polska da się lubić. Mój prywatny przewodnik po Polsce i Polakach” (2006), „Moja klasyczna paranoja” (2010), „Berlin-Warszawa-Express. Pociąg do Polski” (2013). Wydał także kilka płyt ze swoimi kabaretowymi występami.

Na niemieckim rynku ukazała się właśnie najnowsza książka Steffena Möllera „Viva Warszawa. Polen für Fortgeschrittene“ („Viva Warszawa. Polska dla zaawansowanych“). To znakomity subiektywny przewodnik po Warszawie adresowany zarówno do Polaków, jak i Niemców. Krótko po premierze książka trafiła na listę bestsellerów tygodnika „Der Spiegel”. Autor poszukuje wydawcy w Polsce, choć pierwsi zainteresowani już się pojawili.

Na YouTubie można obejrzeć piosenkę promującą najnowszą książkę Steffena Möllera: https://www.youtube.com/watch?v=iW6LdbL6QNg

Pana najnowsza książka jest niczym wyznanie miłosne skierowane pod adresem Warszawy. Jak to możliwe, że na obiekt westchnień wybrał Pan polską stolicę? A może to ona Pana wybrała?

Nie, to zdecydowanie ja wybrałem Warszawę, a nie na odwrót. Do Krakowa owszem – tam trafiłem w pewnym sensie przypadkowo, bo zapisałem się na kurs językowy, ale do Warszawy wybrałem się celowo. Tak mi się spodobało, że spędziłem tu prawie całe dorosłe życie. Pochodzę z niezbyt ciekawego miasta na zachodzie Niemiec, Wuppertal. To miasto dało mi jednak dużo, chociażby to, że po Wuppertalu prawie każde inne miasto wydaje się bardziej atrakcyjne, nawet Warszawa. Nie zazdroszczę tym, który wychowują się w bardzo ładnych miastach. Trudniej im będzie się wyrwać stamtąd, trudniej zaaklimatyzować się w innych miastach. Warszawa jest nie tylko ładniejsza niż Wuppertal, ale ma jeszcze jedną dużą zaletę: wyraźne centrum. Mam na myśli to, że całe miasto jest zorganizowane wokół Pałacu Kultury. Mój Wuppertal składa się z dwóch miast, które zostały połączone dopiero w roku 1929, a do dzisiaj mamy dwa ratusze, dwa deptaki. To samo zresztą w Berlinie, gdzie studiowałem. Wieczorem pojawia się zawsze ta sama schizofrenia: czy mamy się skierować na zachód do Kurfürstendamm, czy raczej na wschód do Alexanderplatz? Owszem, bywają jeszcze bardziej wyraźne miasta-centrum, jak Kraków lub Monachium. Ale krakowskie centrum z kolei jest aż nadto magnetyczne, czyli nie ma życia poza Rynkiem. W Warszawie nie czuję się tak klaustrofobicznie jak w Krakowie, ani tak schizofrenicznie jak w Berlinie.

W swojej książce pisze Pan o Polsce i Warszawie: „Nie znam drugiego takiego kraju, którego mieszkańcy tak słabo by znali własną stolicę, a tak bez pardonu ją krytykowali”. Z czego, w Pana przekonaniu, wynika takie nastawienie?

Powierzchowna odpowiedź brzmi: Polacy nie lubią Warszawy, bo kojarzy im się z władzą, z korupcją, bo są też zazdrośni o bogactwo stolicy. Ale to samo można by powiedzieć o Francuzach albo Rosjanach, a mimo to są chyba bardziej dumni ze swoich stolic niż Polacy z Warszawy. Różnica polega moim zdaniem na tym, że Polacy utożsamiają Warszawę z całym swoim państwem – a ponieważ mają negatywny stosunek do swojego kraju, Warszawa jest czymś w rodzaju kozła ofiarnego. Z moich obserwacji wśród Polaków w Anglii wynika, że większość emigrantów wyjechała z Polski, nie znając nawet Warszawy. Narzekają tam na swój kraj, choć nie wypróbowali nawet, czy nie lepiej emigrować z Lubelszczyzny do Warszawy niż do Manchesteru. Niemiec, zanim wyemigruje za granicę, najpierw przetestuje Berlin – bo Berlin jest w Niemczech bardzo lubianym miastem, które uważane jest za coś zupełnie innego niż reszta kraju.

Serwis literacki Bookeriada, dla którego przeprowadzamy tę rozmowę, ma swoją siedzibę w Krakowie, stąd nie mogę pominąć tego tematu. Z książki wynika, że bliższa jest Panu Warszawa od Krakowa. Na czym, Pana zdaniem, polega przewaga stolicy nad Krakowem?

Oprócz struktury miasta, o której przed chwilą mówiłem, wolę Warszawę, bo gwarantuje większą anonimowość niż Kraków. Lubię po prostu milionowe miasta, bo tam łatwiej można się schować. Owszem, na papierze Kraków jest bardzo dużym miastem, ale w praktyce wygląda to inaczej. Mieszkałem kiedyś w Krakowie przez rok, codziennie chodziłem na Stare Miasto, codziennie widziałem te same cukiernie, tych samych taksówkarzy czekających przy ul. Sławkowskiej. W Warszawie o wiele rzadziej przeżywam owo „znów to samo”. No, a poza tym Kraków stał się polską Wenecją – za dużo turystów, za dużo tandety.

W „Viva Warszawa. Polska dla zaawansowanych” można przeczytać: „W książce <Polska da się lubić> uznałem Warszawę, obok Tirany i Bukaresztu, za najbrzydsze miasto Europy. Dziś biję się w piersi: nigdy nie byłem w Tiranie i w Bukareszcie i chciałbym dlatego moich licznych albańskich i rumuńskich czytelników, którzy od lat zasypują mnie gniewnymi mailami, usilnie prosić o wybaczenie”. Czy Pana zdaniem większość Niemców myśli o Warszawie tak jak Pan dziesięć lat temu? Jak na Warszawę reagują Pana znajomi?

Reagują naprawdę bardzo pozytywnie. Ale to nie tylko zasługa miasta. Moje mieszkanie na Muranowie jest po prostu tak piękne, że goście od razu widzą połączenie z miastem, haha. Taki typowy błąd myślowy wszystkich turystów. Masz ładny hotel – to i od razu polubisz całe miasto.

Gdyby mógł Pan polecić w Warszawie trzy miejsca, które najchętniej Pan odwiedza, co by Pan wymienił i dlaczego?

To zależy, czy chodzi o miejsca, które sam lubię odwiedzać, czy razem z gośćmi. Sam lubię spacerować po Marszałkowskiej do Placu Konstytucji, bo lubię szerokie chodniki, lubię tętniące życie przy „patelni”, czyli przy wyjściach z metra Centrum. Poza tym lubię iść do Teatru Wielkiego, bo można się tam zanurzyć w bajkowym świecie opery włoskiej. No i lubię jadłodajnię „Klub Vega” za byłym kinem Femina, prowadzoną przez członków Hare Krishna. Pyszne jedzenie wegańskie.   

Jeśli natomiast mam oprowadzić gości po Warszawie, to idę z nimi najpierw do Parku Łazienkowskiego, potem na plażę Poniatówka przy moście Poniatowskim. Tam czekają leżaki, muzyka na żywo grana przez DJ-a. Koniecznie pokazuję im też cmentarz żydowski przy ul. Okopowej. Nie ma bardziej melancholijnego miejsca na świecie. A w sobotnie przedpołudnie idziemy na Targ Śniadaniowy na Żoliborzu. Berlińczycy tak samo jak warszawiacy wariują na punkcie zdrowego jedzenia. Uważam, że ten targ to jedna z największych atrakcji Warszawy. Ewenement na skalę europejską. Takiego niesamowitego miejsca nie ma nawet w Berlinie. Od wiosny w każdy weekend można tam pod gołym niebem spróbować regionalnych specjałów z całej Polski, dań kuchni z różnych miejsc świata oraz potraw przygotowywanych przez prawdziwych pasjonatów zdrowego jedzenia. Bomba.

Pisząc o Warszawie, poświęca Pan sporo uwagi wojnie oraz przybliża Pan czytelnikom między innymi postać Jana Karskiego. Czym było dla Pana zajmowanie się tym tematem i z jakim przyjęciem w Pana poszukiwaniu materiałów spotkał się Pan w Polsce?

W 2014 roku byłem zaproszony przez polskich studentów do Anglii, żeby opowiedzieć im coś o życiu emigranta między dwoma krajami. Przy okazji poznałem prezesa fundacji Jana Karskiego w Polsce, który brał udział w dyskusji panelowej. Prawie w tym samym czasie zauważyłem nowy pomnik Karskiego przy Muzeum Historii Żydów Polskich na Muranowie, no i od razu wiedziałem, że będę musiał napisać o tej postaci, która w Niemczech jest zbyt mało znana.

Pana najnowsza książka to także imponujący wgląd w mentalność Polaków oraz ciekawy komentarz na temat współczesnej Polski. Co w Polakach najbardziej Pana fascynuje, a co Pana zdaniem, jest naszą największą narodową słabością?

Najbardziej lubię to, że prawie każdy Polak ma duże poczucie humoru, ma dystans do siebie, a jeszcze większy dystans do państwa. Wszędzie i z każdym można sobie pozwolić na luźne uwagi ironiczne. W Niemczech trzeba poznawać ludzi latami, zanim zaryzykuje się dowcip. Największy minus Polaków to wciąż silna hierarchia w szkołach, na uniwersytetach, w przychodniach, w firmach. Dowodem tego jest fakt, że nie można się zwracać do szefa per nazwisko, tylko per tytuł: „panie doktorze”, „panie prezesie”, „panie profesorze”. W Niemczech mogę nawet do pani kanclerz powiedzieć: „Frau Merkel.” Jeśli ktoś do niej mówi „Frau Kanzlerin”, to wszyscy go wyśmiewają, bo to niezły lizus.   

I ostatnie pytanie: Co takiego ma w sobie Warszawa, że to dzięki niej został Pan w Polsce na 20 lat?

Ma w sobie wciąż dużą dynamikę, która napawa mnie optymizmem, jak tylko wychodzę z Dworca Centralnego. W tym kontekście koniecznie trzeba jeszcze wymienić niebo nad Warszawą – nie znam drugiego miasta, w którym tak często kieruję wzrok do nieba, chyba z powodu dużej przestrzeni między blokami, z powodu wielu placów i rond. Zakochałem się wręcz w mazowieckich chmurach!

Bardzo dziękuję za rozmowę. Życzę jak najszybszego wydania „Viva Warszawa” oraz wielu czytelników na polskim rynku.

Rozmawiała: Ewelina Tondys

FRAGMENT PRZEKŁADU „Viva Warszawa. Polska dla zaawansowanych”

     okladkaZaprzyjaźniony rodak, którego po wielu latach udało mi się w końcu namówić na wyjazd do Warszawy, był do tego stopnia lekkomyślny, że powiedział o swoim zamiarze znajomej Polce. Kobieta zaczęła go zaklinać: – Daj spokój! Warszawa to pośpiech, brud i drożyzna, a do tego nic tam nie ma! Jedź lepiej do Krakowa!

Szkoda, że mnie wtedy tam nie było. Od razu wytoczyłbym ciężkie działa: – A kiedy to koleżanka ostatni raz była w Warszawie? Odpowiedź nie trudno sobie wyobrazić: – No… jakoś tak w `94, jak odbierałam babcię z lotniska.

Nie znam drugiego takiego kraju, którego mieszkańcy tak słabo by znali własną stolicę, a tak bez pardonu ją krytykowali. Ta silna niechęć do Warszawy zaczęła się zaraz po wojnie: Polska przeszła w ręce zależnych od Moskwy komunistów, a Warszawa stała się centralą partyjnej wierchuszki, taką małą Moskwą. Do tego wszystkie zasoby kraju szły na odbudowę zniszczonego miasta, podczas gdy reszta kraju cierpiała wielką biedę.

Również przełom roku 1989 za bardzo tego wizerunku nie poprawił. Przez Polskę przetoczyła się wtedy fala wilczego kapitalizmu – czyniąc z Warszawy nadwiślańskie Gotham City. Dopiero wydatny lifting stolicy związany z organizacją Euro 2012 sprawił, że jej negatywny wizerunek w Polsce zaczął powoli tracić kontury. Niestety wielu mieszkających za granicą Polaków wciąż jeszcze nie miało okazji się o tym przekonać. Dla nich Warszawa to nadal szary postsowiecki moloch, skąd już niedaleko do granicy z Białorusią. Krótko mówiąc, od kilkudziesięciu lat 38 milionów obywateli Polski można podzielić na dwa miliony warszawiaków i 36 milionów antywarszawiaków.

Przyznaję, ja też zakochałem się najpierw w Krakowie. Kraków jest cudowny – prawdziwy raj! Ale zaraz potem trzeba jechać do Warszawy. Na Kraków wystarczą dwa dni, na Warszawę… w każdym razie ja jestem tu już dwadzieścia lat. Kraków to lukrowany baśniowy świat, który jakimś cudem uniknął pożogi wojennej. Warszawa jest symbolem krwawej historii Polski XX wieku, ale przede wszystkim obecnych czasów, zadziwiającego boomu gospodarczego po roku 1989 z całym dobrodziejstwem inwentarza. Jej specyfikę podkreślają nietuzinkowi mieszkańcy, którzy – w przeciwieństwie do krakusów – cierpią na bardzo sympatyczny kompleks niższości. Ta rzadka wśród Europejczyków cecha jest dla turystów darem z Niebios: warszawiacy, trochę niepewni rangi swego miasta, przyjmą ich z otwartymi ramionami. W Krakowie zaś ginie się w turystycznej masie. Kraków jest zatem dla tych, którzy swoją przygodę z Polską dopiero zaczynają, podczas gdy Warszawa to miasto dla starych wyjadaczy.

Przeł. J. Stanaszek