Stanęłam przed zadaniem napisania czwartego artykułu z serii „Anatomia Literackich Zbrodni” i dotarło do mnie, że próbuję przekazać ludziom jakieś informacje na temat kryminału, które pewnie nigdy nikomu się nie przydadzą (co gorsza – do niczego), a nie zadałam przy tym wszystkim pytania najważniejszego. Dlaczego kryminał? Zapytałabym: dlaczego kryminały są poczytne?, ale to zrobił już kiedyś Edmund Wilson, więc nie zamierzam go kopiować. Pytanie brzmi zatem: dlaczego kryminał? Dlaczego zaczytuję się właśnie w tym gatunku? Co w nim jest takiego, że bije rekordy popularności i sprzedaży?

Tak właściwie, to na tym mogłabym skończyć moje rozważania, bo myślę nad tą sprawą jeszcze od czasów pracy magisterskiej (która prawiła w pewnej mierze o kryminałach) i jeszcze nie znalazłam odpowiedzi. Ba! Z każdym kolejnym dniem coraz bardziej utwierdzam się w przekonaniu, że odpowiedzi na to pytanie nie da się znaleźć, bo ten element kryminału, który decyduje o jego poczytności jest niematerialny, to cząstka transcendentna, która nie daje się zidentyfikować, ani nawet nazwać. Poszukiwanie powodu poczytności kryminałów to zajęcie na całe życie, które i tak się nie opłaci, to poszukiwanie literaturoznawczego Święto Graala. Ale niech stracę, nie dowiem się może wiele, ale za to ile poczytam…

Kiedyś doszukiwałam się popularności kryminałów w realizacji zadań prozy literackiej. Wydaje mi się, że kierunek ten nie był zły. Uznałam wtedy, że czytelnik doznaje swoistego katharsis po spełnieniu potrzeb takich jak konieczność kompensacji życiowych niedoborów (psychologicznych, emocjonalnych, czy jakichkolwiek innych), potrzeba czystej rozrywki, potrzeba zdobywania wiedzy o świecie i tak dalej, i tak dalej. Ale czy czytelnik rzeczywiście zasiada w fotelu z kryminałem z myślą: „tutaj na pewno pojawia się jakiś trup. Być może nie jestem tak bystry jak komisarz prowadzący śledztwo, ale na pewno sprawi mi radość patrzenie na to, jak rozwiązuje on sprawę”. To nie tak… Czytelnik zasiada ze świeżo zakupioną książką, dotyka ją, wącha, osiem razy czyta wszystkie zapiski na przedniej i tylnej okładce. Znajduje się wtedy w człowieku cząstka bibliofila, o której niejednokrotnie zapomina w ciągu dnia. Ale wieczory z kryminałem mu o tym przypominają. Wartka akcja przyprawia o dreszcze, dramatyczne porażki i pościgi sprawiają, że czytelnik odkłada książkę i łapie kilka wdechów, bo czuje się tak, jakby sam biegł. Czasem rzuca książką w kąt, kiedy indziej z przejęcia obgryza paznokcie, długopis, czy co tam ma pod ręką. Lektura kryminału to niezwykle emocjonujące przeżycie, ale żeby znowu jakaś kompensacja, relaks? Sama nie wiem, w końcu ile to razy zdarzało się, że rewelacyjna książka wprawiała mnie w zmęczenie po jej przeczytaniu?

To może chodzi o to, że szukamy krwi. Dosłownie i w przenośni. Chcemy więcej krwi, bo chociaż nikt nie zamierza patrzeć na krzywdy swoich bliskich i rodziny, to jednak każdy z nas dąży do zaspokojenia potrzeby krwi. Dzisiaj już rzadko kogoś obchodzi to, że ktoś mu nieznany zmarł, ktoś miał wypadek, coś ukradł, zdewaluował… Mamy to w programie każdej stacji telewizyjnej, portalu informacyjnego i chyba już nie umiemy bez tego funkcjonować. Jednostki może się znajdą, ale stanowią wyraźną mniejszość. A co ma robić człowiek zdrowy, któremu jest mało, ale jest przy tym (w granicach ogólnie przyjętej normy) zdrowy psychicznie? Sięga po książkę, bo ona daje wszystko to, czego akurat potrzeba. Zbrodnię, nienawiść, seks, zgorzkniałego policjanta, młodą funkcjonariuszkę, problemy ulicy, wielkie pościgi, haracze, wymuszenia, całe zło tego świata. Już zdziczeliśmy, czy jest jeszcze dla nas nadzieja? Chyba nie, skoro skierowaliśmy spełnienie naszych najpodlejszych instynktów na literaturę, która przecież przez tyle wieków uchodziła za wytwór wysoki. Sam wspomniany już Wilson powiedział, że „kryminały są właściwie narkotykiem nawykotwórczym, w obronie którego każdy nałogowiec gotów jest walczyć niczym tygrys”, ale czy jest o co walczyć?

Może i nie ma, ale ze studiów wyniosłam jedną mądrość, która towarzyszyć mi będzie przez całe życie. Sprawia, że patrzę pobłażliwym okiem na czytające Harlequiny kobieciny w parkach, kiwam ze zrozumieniem głową, gdy młodzi ludzie mówią mi, że zaczytują się w Koontzu czy Mastertonie. Na wykładzie jedna pani doktor powiedziała, że nie ważne, co człowiek czyta. Ważne, że to robi. Nie każdy musi mieć dryg do literatury pięknej, ważne, że czuje potrzebę podróżowania. Nawet jeśli ucieka w świat tanich romansów czy trzeciej jakości kryminałów. Pozostawię więc dzisiejsze pytanie otwartym, ale postaram się, aby mnie ono nie zagryzło. Bo czy ma to jakiekolwiek znaczenie, dlaczego właśnie kryminał?

Sylwia Tomasik