Moje popołudnia z Margueritte (La tête en Friche) to francuski film z 2010 roku w reżyserii Jeana Beckera. Jego scenariusz powstał na podstawie książki pod tym samym tytułem, autorstwa Marie Sabine Roger (La tête en friche, Editions du Rouergue, Arles 2008). Żadna pozycja z bogatego dorobku autorki, żeby wymienić tylko powieści i opowiadania dla dzieci i dorosłych, nie ukazała się dotychczas w tłumaczeniu na język polski. Przypominając czytelnicze perypetie bohaterów Moich popołudni z Margueritte, filmu o miłości do książek, zapraszam do zainteresowania się pisarstwem wyjątkowej Roger.

Germain (Gérard Depardieu), co tu kryć, nie miał szczęścia w dzieciństwie. W szkole był obiektem obelg i drwin, ponieważ czytał najwolniej w klasie, a może i nawet najwolniej w całym mieście. Jego matka (Claire Maurier), wcale nie z powodu awersji syna do książek, wciąż traktowała go z ogromnym okrucieństwem, jako nieudacznika, niezdarę i swój wielki życiowy balast. Przyczepa, do której Germain wyprowadził się przed laty, stoi na terenie ich podwórka, tuż obok domu, gdzie mieszka matka i tuż obok pięknego warzywnego ogrodu, skąd co tydzień bohater wybiera najbardziej dorodne okazy i wiezie je na targ, aby zapewnić sobie pieniądze na skromne życie. Teraz siedzi w barze, jak każdego dnia po pracy, żartuje i wygłupia się z kolegami, mającymi go za nieszkodliwego, ale szczodrego półgłupka. Niedługo powinna przyjść tu także Annette (Sophie Guillemin), jego piękna dziewczyna, pracująca jako kierowca autobusu, kursującego po mieście Germain’a.

Niedługo także powinno zdarzyć się to pierwsze popołudnie… W parku sympatyczny sprzedawca warzyw spotka Margueritte (Gisèle Casadesus), uroczą 95-letnię kobietę, obdarzającą sympatią te same czternaście gołębi, które on zwykł karmić swoimi kanapkami. Margueritte będzie niezwykła – wykształcona, zabawna. Okaże się, że dotarła do wielu najdalszych zakątków świata, pracując dla Światowej Organizacji Zdrowia, że wiodła barwne życie towarzyskie, ale nigdy nie zapomniała o literaturze. Będzie mieszkała w domu spokojnej starości, gdzie na kilku skromnych półkach poukłada swoje największe skarby w starannie przecieranych z kurzu okładkach. Siedząc na małej, zupełnie zwyczajnej parkowej ławce, pomimo, że Germain panicznie boi się książek i czuje wstyd, ilekroć myśli o ich lekturze, Margueritte przeczyta na głos, swoim głębokim, ale delikatnym głosem, kilka zdań z Dżumy Alberta Camusa. I jakkolwiek banalnie zabrzmi to zdanie: po raz pierwszy w życiu, Germain’a uderzy piękno słowa, siła wyobraźni wprawionej w ruch na wypowiedzenie zaklęcia, jakie stanowi słowo. I znów banał: sposób, w jaki Camus opisuje rzeczywistość w swojej powieści spowoduje, że Germain pomyśli o sprawach, jakie nigdy dotychczas nie przychodziły mu na myśl.

Pewnego dnia Margueritte podaruje przyjacielowi stary słownik, jeden z tych czytanych jak najcenniejszą księgę ludzkości. Germain, już wiedząc, że czytanie jest przyjemnością, odkryje, że może ono także sprawiać ból. Z bardzo wielu powodów, z jakich zdaje sobie sprawę każdy czytelnik, potrafi dotkliwie szargać poczuciem własnej wartości czytającego, podawać ją w wątpliwość, wystawiać na trudności – małe i większe rozrachunki z samym sobą. Nie chcę opowiadać tu całej fabuły filmu, pomimo że słoneczne krajobrazy i częstokroć ukryte przed turystami miejsca Pons, Rochefort, Cozes, Cognac i Chateaubernard są tłem dla wielu zabawnych i poruszających wydarzeń. Wspomnę jeszcze tylko o scenie, w której Germain czyta napisany przez siebie wiersz o tym, co Margueritte wniosła w jego życie. Margueritte, ta, co „mieszkała pośród słów, otoczona przymiotnikami, wybiegała na zielone pola czasowników”…

W tym krótkim tekście padło już wiele brzmiących banalnie słów, dlatego daruję sobie wyznania w rodzaju tych, że film Jeana Beckera uczy, że nigdy nie jest za późno na zmiany. O wiele ważniejsze wydaje mi się postawienie pytania: Czy są na świecie jeszcze takie pary, spotykające się, choćby co jakiś czas, choćby od święta, aby kontynuować sesje wspólnego czytania? Nigdy o nich nie słyszałam, ale jestem pewna, że są ludzie w ten sposób przypieczętowujący swoją przyjaźń – krążąc wspólnie myślami wokół słów ulubionych pisarzy. Przyjaźń ma inaczej uzdrawiającą moc, niż lektura książki – gdyby nie pani Margueritte sama Dżuma, Obcy czy Upadek Camusa, o jakich wspomina się w filmie Beckera, nie uleczyłyby ukrytego i wyczerpującego smutku w życiu Germaina. Ten spotkał Margueritte, kiedy siedziała na ławce, w jego własnym pałacu – parku, ale przecież owa „maleńka jak ptak” osoba, odwiedza – w towarzystwie wyjątkowych, pisanych słów – różne miejsca, zaprasza do lektury powieści, esejów, wierszy, czasem tylko dwóch czy trzech, w taki sposób, że pamięta się o niej na zawsze. 

Joanna Roś

Fot. fragment plakatu filmowego