Kryminał z historią w tle – dla wszystkich! Detektywistyczna pogoń za mroczną rzeczywistością II wojny światowej, do której przypadkowo zostali „zaproszeni” nastoletni żeglarze. W taki wir napięć i emocji nigdy jeszcze nie wpadli. Nie stąpali również po tak kruchym lodzie.

Tajemnica odkrywana jest wraz z kolejnymi tłumaczonymi stronami dziennika, ale to nie wystarczy! Trzeba też podążać za śladami odciskanymi w teraźniejszości. Niesie to ze sobą niebezpieczeństwo i wielką niewiadomą –w końcu czego innego można spodziewać się po neonazistach.

Obóz w Stutthofie, niehumanitarne eksperymenty na więźniach, oprawca i ofiara – autor wychodzi jednak poza utarte opisy, zaskakuje. To nie tylko obrazy, ale również wnikliwe przemyślenia esesmana i więźniarki. Refleksje na temat szczerości przyjaźni polsko-niemieckiej, przebaczenia, winy i kary. Oboje oceniają współczesność z perspektywy swoich doświadczeń. Jaka jest prawda i czy jest tylko jedna? I dlaczego Gustloff nie może spokojnie spoczywać na dnie morza?

Premiera: 17 października 2016 roku (Wydawnictwo Skrzat). 


okładka Dziennika grzesznika

Arkadiusz Niemirski, „Dziennik grzesznika” – fragment

[ Prolog ]
Przez ścianę drzew dochodziły stłumione odgłosy ulicy. Szlak dalej piął się w górę, ale Konrad wiedział, że musi zmienić kierunek ucieczki. Dał więc nura w krzaki. Przez jakiś czas biegł na południe przez zarośla, które powoli zaczęły wypierać dębowe olbrzymy.

Zszedł niżej ku dolince. Struchlał, gdy usłyszał przeciągły gwizd dochodzący z głębi lasu. Po kilku sekundach odpowiedział mu krótszy i cichszy. Tak więc pogoń szła z dwóch kierunków, zataczała coraz szerszy łuk. Polowanie na niego weszło w fazę kulminacyjną.

Uciekał dalej. Zatrzymał się dopiero przed wejściem do starego schronu. Gruba warstwa gleby z naturalnym poszyciem maskowała solidne betonowe sklepienie, wsparte na cieńszych żerdziach tworzących ściany. Usypana u samego podnóża ziemia ograniczała dostęp do tunelu, całość zaś sprawiała wrażenie zejścia do ziemianki, tyle że wykonanej z materiału zdolnego przetrzymać wybuch bomby. Był to schron przeciwlotniczy, część dawnej fortyfikacji z okresu wojny.

Decyzję podjął natychmiast – ukryje się w środku. Sprawdził jeszcze zasięg komórki – jedna zanikająca kreska. Wysłał więc esemesa: „gonią mnie, jestem w schronie”.

Wyłożony półfabrykatami mroczny korytarz zaprowadził go do kolejnego pomieszczenia. W świetle minilatarki telefonu wyłonił się z ciemności jego cylindryczny kształt. Panowała cisza, a zapach stęchlizny potwierdzał, że dawno nikogo tutaj nie było. Nareszcie mógł odsapnąć i w ciszy, przesyconej zapachem stęchlizny, zebrać myśli. Nagle uświadomił sobie, że kurczowo ściska teczkę tak, jakby była bezcennym skarbem. Ale nie o niej powinien teraz myśleć, a o jej złodziejach. Miał nadzieję, że tamci wciąż przeczesują zbocze. Gorzej, jeśli zajrzą do schronu. Tutaj był całkowicie bezradny. Nie mógł nawet zadzwonić po pomoc, bo grube mury fortyfikacji nie przepuszczały żadnych fal.

Znowu użył minilatarki, oświetlając przeciwległą ścianę z jakimiś zdemolowanymi wrotami. Podszedł tam. W wątłym świetle ujrzał wąski i czarny od sadzy korytarz, który załamywał się kilka metrów dalej. Na podłodze leżał gruz z uszkodzonego sklepienia. Zdawało się, że przejście prowadzi donikąd.

Zrezygnowany usiadł, oparłszy się plecami o chłodną ścianę. Nie pozostało mu nic innego, jak tylko czekać na rozwój wypadków.

Znużony własną biernością skierował światło latarki na zapisane czarnym tuszem stronice rękopisu. Zaszeleściły stare kartki, zupełnie jakby chciały przemówić. Zwrócił uwagę na niezwykle precyzyjne pismo. Staranność była za słabym określeniem. Tutaj każdy wyraz miał swoją cenę mierzoną poświęconym na jego kaligrafię czasem, każda litera zaś stanowiła cząstkę autora. Estetyczne pismo wzbudzało niepokój, jak wszystko zresztą, co bliskie ideału. Konrad zrozumiał, że trzyma w ręku pamiętnik jakiegoś Niemca z okresu wojny. Świadczyło o tym datowanie całych ustępów. Na przykład jeden duży fragment tekstu zaczynał się adnotacją: „Stutthof, 15 III 44”. Bardzo często pojawiały się niemieckie nazwy miejscowości, nazwiska, stopnie oficerskie. W innym miejscu dostrzegł nazwę formacji wojskowej „SS-Wiking”.
Zgasła latarka. Siadły baterie w komórce. Konrada ogarnął lęk. Lecz nie ciemności się bał. Jego niepokój wywołał dziennik byłego nazisty, oficera SS.
„Czy był nim kulejący staruszek z restauracji przy bulwarze?” – pomyślał.

1.
Nadmorski bulwar usychał w promieniach sierpniowego słońca. Prawie dwukilometrowej długości trakt dla spacerowiczów i rowerzystów łączył zatłoczoną plażę śródmiejską w okolicach Mola Południowego ze stojącym na skraju Kępy Redłowskiej czterogwiazdkowym hotelem. Wody zatoki spokojnie uderzały w przybrzeżne kamienie usypane u stóp betonowego wału. Lekki wietrzyk od wschodu – niosący zapowiedź prawdziwych upałów – chłonęły zielone wzgórza Kamiennej Góry. Ludziom nie było spieszno. Zatrzymywali się przed odlanymi z metalu rybkami lub oblegali niewielkie molo, wokół którego dryfowała flotylla bielusieńkich łabędzi. Fotografowali statki kotwiczące na odległej redzie. Niektórzy znajdowali schronienie przed kapiącym z nieba złotem pod parasolami pobliskiej restauracji. Jeszcze chłodniej i ciszej było we wnętrzu klimatyzowanej tawerny. Przy wejściu do głównej sali jadalnej witał gości lśniący brązem okrętowy dzwon, odlany przed wojną w Wiesbaden i wydobyty przed laty z dna Bałtyku w pobliżu Ławicy Słupskiej. Oczyszczona do zdrowego połysku powierzchnia dzwonu przeczyła jego ponurej historii. Rok wcześniej ten „niemy świadek tragedii tysięcy ludzi” – jak pisała o nim prasa w 2004 roku, uświetnił berlińską wystawę organizowaną przez Związek Wypędzonych w pałacu pruskich następców tronu Kronprinzenpalais . Ubezpieczony na kilka milionów złotych eksponat wypożyczono stronie niemieckiej. Do Gdyni wrócił w atmosferze ocierającej się o skandal. Zdawał się „ambasadorować” różnym stronom politycznych sporów, polaryzował historyczne racje i antagonizował świadków wojennej zawieruchy sprzed ponad pół wieku. Z pewnością żaden z biesiadników nie pamiętał, że ów okrętowy gong zamontowano przed wojną na rufie pasażerskiego kolosa o długości dwóch boisk piłkarskich, który w przedostatni dzień stycznia 1945 roku wypłynął w swój ostatni rejs z pobliskiego Oksywia.

Większość stałych bywalców nie poświęcała zabytkowi wielkiej uwagi, ale w restauracji przebywał ktoś, kto wiedział o dzwonie więcej niż podawały gazety – stary mężczyzna o twarzy pomarszczonej i bladej, którego wyblakłe oczy, niegdyś zapewne błękitne, skrywały napięcie i tłumioną od lat obsesję. I jeszcze ta ciemna czupryna zdobiąca jego małą głowę – coś było z nią nie tak. Sprawiała dziwne wrażenie. Peruka?

Starzec, zerknąwszy dyskretnie na dzwon, ruszył ku wolnemu stolikowi pod oknem. Szedł zadziwiająco szybko jak na swój wiek, wyraźnie jednak utykał na lewą nogę. Usiadł, odłożył na bok tekturową teczkę. Odruchowo sięgnął po kartę dań, choć nie sprawiał wrażenia głodnego. Wkrótce zamówił coś do picia. Później zerkał na zegarek i wypatrywał kogoś w sąsiedniej sali pełnej marynistycznych akcentów. W pewnym momencie wyjął z teczki mocno sfatygowaną mapę, by rzucić nań okiem. Szybko stracił nią zainteresowanie. Po raz kolejny spojrzał na zegarek. Ciężko wzdychając, znowu obrócił pomarszczoną twarz w stronę dzwonu z Gustloffa, który w górnej części miał wygrawerowany napis: Bochumer Verein, Bochum 1937. Marszcząc czoło, wpatrywał się w dzwon z nieukrywanym żalem, jakby go osądzał.

Kilka stolików od niego, bliżej baru, siedziała trójka nastoletnich żeglarzy. Głodni, czekali na halibuta sauté. Mieli dość puszek i jogurtów spożywanych codziennie na jachcie. Oni też, od czasu do czasu zerkali na dzwon, chociaż ze swojego miejsca widzieli tylko jego fragment.
– Wydobyli go polscy nurkowie – odezwał się Patryk, średniego wzrostu chłopak o ciemnej czuprynie i gniewnym spojrzeniu bystrych oczu. – Gdzieś o tym czytałem.
Nie mylił się. Dokonała tego ekipa holownika Koral w 1979 roku. Dzwon przeleżał kilkanaście wiosen w magazynie Centralnego Muzeum Morskiego i w latach dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku trafił do siedziby Polskiego Ratownictwa Okrętowego. W budynku PRO nie było jednak miejsca na dwustuosiemdziesięciokilowy eksponat, więc w 1995 roku pojechał do Niemiec na uroczystości związane z zatonięciem Gustloffa.

Kasia potaknęła tylko głową. Ta ładna i smukła dziewczyna o prostych, jasnych włosach spiętych w koński ogon nie lubiła dużo mówić. Ktoś przezwał ją kiedyś „skandynawskim lodowcem” i było w tym trochę racji. Jej ojciec kilka ładnych lat spędził na placówce dyplomatycznej w Finlandii – „kraju tysiąca jezior” – więc Kasia od dziecka stykała się z powściągliwością cechującą ludzi z północy. Nawet jej naturalne, słowiańskie rysy rozmyły się gdzieś w ponurym i wilgotnym klimacie Finlandii. Sprawiała wrażenie niedostępnej, co tylko podsycało ambicje potencjalnych adoratorów.

Ostatni z trójki młodych żeglarzy – wysoki i chudy Konrad – także milczał. Drapał się w przyprószony młodzieńczym zarostem policzek i ostentacyjnie ziewał, dając do zrozumienia, że rozmowa o dzwonie najzwyczajniej w świecie go nudzi. Pozornie. Morze fascynowało go od zawsze. Należał do Płockiego Klubu Żeglarskiego i od małego marzył o zamorskich rejsach. W domu dziecka – bo tam się wychował – ciągle powtarzał, że kiedy zarobi trochę grosza, kupi sobie porządny jacht i zostanie poszukiwaczem wraków. Będzie mieszkać na łajbie, przenosić się z miejsca na miejsce i zmieniać porty tak często, jak dziewczyny. Jak na razie – dzięki życzliwości sponsora – został członkiem załogi jachtu odbywającej wakacyjny rejs po Zatoce Gdańskiej. W gronie rówieśników z normalnych rodzin czuł się nieco zagubiony. Przytłaczała go ich naturalna pewność siebie, więc często przybierał pozę buntownika lub zamykał się w sobie.


Fragment zamieszczony dzięki uprzejmości Wydawnictwa Skrzat.