Robert, bezrobotny prawnik, za namową ekscentrycznej ciotki Felicji zatrudnia się na okres wakacji w agencji detektywistycznej. Od tego momentu ktoś nieustannie go śledzi i podsłuchuje. Na prośbę przyjaciela przenosi się do jego willi. To dopiero początek szalonej historii! Jaka niespodzianka kryje się w garażu pod stertą rupieci? Kim jest krnąbrna Brygidka?

Humor, sensacja i dreszczyk emocji!

Duże pieniądze, seria pożarów na fermach hodowców gęsi, anonimowy dziennikarz i nielegalne interesy. Robert ze swoim zespołem wyrusza na misję, która ma pomóc znaleźć rozwiązanie wszystkich zagadek…


Pasztetowe wakacje_okladka

Arkadiusz Niemirski
„Pasztetowe wakacje” – fragment

Po otwarciu garażu zamarłem z wrażenia.

W środku nie było toyoty! Nawet roweru tam nie znalazłem. Pod ścianami walały się puszki po farbie, tekturowe pudełka, zużyte szmaty i opony, trochę listewek i cegieł. Nieporządek panujący w wiszących na ścianach szafkach świadczył o bałaganiarskiej naturze mojego kolegi. Cóż jednak znaczył taki rozgardiasz w porównaniu z kłamstwem, jakie mi zafundował?

Już miałem wychodzić, gdy wśród stosu rupieci zalegających cały tył przybudówki dostrzegłem zarys czegoś, co mogło być kiedyś samochodem, a mianowicie przednie sflaczałe koło i część metalowego zderzaka. Podszedłem bliżej. Jakieś nieduże auto przykryto dawno temu spleśniałą i miejscami porwaną plandeką, na której leżały najprzeróżniejsze przedmioty: stare popękane doniczki, sparciałe ubrania, zardzewiałe klucze.

Kiedy ściągnąłem to cuchnące przykrycie, moim oczom ukazał się zarys starego, poczciwego trabanta. Nie musiałem być ekspertem z dziedziny motoryzacji, by stwierdzić, że pojazd był raczej w opłakanym stanie. Dorodna sieć pajęczyn maskowała wszelkie szczegóły jego wyposażenia. Ponadto samochód miał starą, miejscami zniszczoną karoserię w bliżej nieokreślonym kolorze. Otworzyłem skrzypiące drzwiczki i usiadłem za kierownicą. Pod ciężarem mojego ciała stary fotel wydał z siebie jakiś skrzeczący dźwięk. Jęknęły też wysłużone amortyzatory. Po chwili na sucho wcisnąłem pedał sprzęgła, czemu towarzyszył posępny zgrzyt. Zdawało się, że każda część tego pojazdu chce coś powiedzieć, lecz ja nie byłem w nastroju do wysłuchiwania żałobnych pieśni.

Na koniec przetarłem kurz z lusterka wstecznego, ale okazało się, że jest pęknięte. Nie ma co, siedziałem we wraku.

Nagle moją uwagę przykuł stukot dochodzący z góry. Zaskoczony wyszedłem z trabanta i wytężyłem słuch. Ktoś w najlepsze chodził po dachu garażu.

Z przerażeniem pomyślałem o złodzieju, który najpierw ukradł toyotę, a teraz plądruje dom.

Po chwili jakiś ciężar przetoczył się po powierzchni dachu i zapadła grobowa cisza. Stałem nieruchomo wpatrzony w ogród, gdy nagle blaszane drzwi garażu zatrzasnęły się z hukiem.

Znalazłem się w pułapce.

Ktoś chodził sobie po ogrodzie i wcale się z tym nie krył. Postanowiłem doprowadzić do konfrontacji z intruzem. Wziąłem klucz francuski i podszedłem wolno do drzwi. Mocno na nie naparłem. Zazgrzytały zardzewiałe zawiasy i blaszane wrota natychmiast odskoczyły. Jednakże na zewnątrz nikogo nie ujrzałem. Zachowując największą ostrożność, wyszedłem z garażu. Zlustrowałem szybko teren, gdy nieoczekiwanie zostałem brutalnie zaatakowany od tyłu. Napastnik zwalił mnie na ziemię, przygniatając swoim ciężarem. Wtedy wszystko zrozumiałem.

Podczas próby uwolnienia się od zaciskanych na mojej szyi owłosionych łap westchnąłem tylko:

–  Chyba powinni cię z powrotem oddać do cyrku. Usiadłem na trawie. Przed sobą miałem Brygidkę szczerzącą z zadowolenia swoje białe zęby.

Była niezwykłym szympansem. Kolega przygarnął ją niegdyś z rosyjskiego cyrku. Obecnie miała status emerytki i nie robiła nic poza nałogowym oglądaniem telewizji i codzienną porcją ćwiczeń na trapezie. Po łacinie nazywała się Pan paniscus, ale nadane jej przez Mietka imię brzmiało sympatyczniej.

Gdyby szympansom wydawano dokumenty, w dowodzie osobistym Brygidki znalazłby się wpis, że waży czterdzieści jeden kilogramów, mierzy dziewięćdziesiąt dwa centymetry, a pod hasłem znaki szczególne przeczytalibyśmy: „wyjątkowe poczucie humoru”.

Spojrzałem na otwarte okienko na poddaszu, przez które małpa przedostała się na zewnątrz. Mogła przez nie swobodnie wychodzić i wchodzić do domu, ułatwiając właścicielowi życie. Dzięki temu Mietek zostawiał Brygidkę w willi na całe godziny bez obawy o bezpieczeństwo swojego przybytku.

Weszliśmy do środka. Moją uwagę zwróciła migająca w aparacie telefonicznym dioda. Przeczuwałem, że przyjaciel zostawił dla mnie wiadomość na automatycznej sekretarce. Nacisnąłem odpowiedni przycisk.

–  Czołem, brachu! – Usłyszałem jego głos płynący z urządzenia. – Jeśli mnie teraz słuchasz, to znaczy, że przystałeś na moją propozycję.

W kolejnym zdaniu informował mnie, że musiał sprzedać toyotę, aby zdobyć pieniądze na wyjazd do Ameryki.

–  Dzięki temu w garażu jest dużo miejsca na majsterkowanie przy trabancie – wyjaśniał z nagrania. – Mam nadzieję, że go odkopiesz z tej sterty gratów. Jak wiesz, trabanty są wieczne. Póki się nie rozpadną. Ten jest w całkiem niezłym stanie. Być może dlatego, że nie jeździłem nim od lat. Należał do dziewczyny, która z dnia na dzień rzuciła mnie dla faceta z audi. Ale to było dawno temu, więc nawet nie jestem pewny, czy naprawdę chodziło o audi.

Zerknąłem na kluczyki wręczone mi przez Mietka. Dopiero teraz zauważyłem, że nie były do toyoty. „Marny ze mnie detektyw” – pomyślałem z goryczą.

–  Co do Brygidki – kontynuował Mietek – to, jak sam wiesz, nie je dużo. Zresztą, znasz ją jak własną ciotkę. W kasie ogniotrwałej w salonie zostawiłem ci trochę forsy na jedzenie i niezbędne opłaty. Szyfr to odwrócony zapis mojej daty urodzenia i Brygidki. Znasz je na pamięć, prawda? I nie obrażaj się za mój podstęp, ale naprawdę musiałem wyjechać.

Poirytowany tym wszystkim otworzyłem sejf, by sprawdzić jego zawartość. Mietek nie kłamał. Pieniądze rzeczywiście zostawił, ale w tej konkretnej chwili miałem to w nosie.

W tym czasie Brygidka zdążyła się już wygodnie rozsiąść na kanapie i za pomocą pilota włączyła telewizor. Podszedłem do niej i pogłaskałem po łbie. Pokazała jedną ze swoich „mądrych” min i sięgnęła po spodek z orzeszkami arachidowymi.

Należy w tym miejscu dodać, że do jej ulubionych i niezastąpionych przysmaków bezwzględnie należały banany oraz inne owoce, większość warzyw i oczywiście wszystkie rodzaje orzechów. Jadała też zupy mleczne, kanapki z serem i szynką, wszelkie zaś czynności związane z higieną załatwiała w łazience. Czyż tak bardzo różniła się od nas?

Rozpakowałem zakupy, zostawiając w spokoju szalejącą po zagranicznych kanałach małpę. Czasami, kiedy podglądałem ją, gdy wpatrywała się w ekran telewizora, odnosiłem podszyte zazdrością wrażenie, że ta cwaniara zna języki obce.

Po chwili zajrzałem do garażu, aby uruchomić samochód. Jednakże kręcenie kluczykiem w stacyjce znudziło mi się już po minucie. Oczywiście, akumulator był rozładowany, dlatego podłączyłem go do prostownika. Pogrzebałem jeszcze w kablach i przewodach pod maską, sprawdziłem szczelność zaworów i stopień zużycia świec.

Wszystko na nic – silnik trabanta nie chciał zaskoczyć.

Dopiero dzwoniący na piętrze telefon przerwał moje zabiegi reanimacji samochodu. Pobiegłem na górę.


Fragment zamieszczony dzięki uprzejmości Wyd. Skrzat.