Anita prawie nie wychodzi z domu. Podgląda ludzi przez kamery miejskiego monitoringu. To jej okno na świat, które pozwala kontrolować wszystko i wszystkich. I zapomnieć o sypiącym się małżeństwie oraz dziecku, które bardzo chciałaby mieć. Pewnego dnia znajduje w szafie sukienkę, której nie kupiła. Później szminkę, która do niej nie należy. Potem wydarza się coś jeszcze…

Ktoś wie o niej wszystko. I powoli realizuje swój plan.

Thriller psychologiczny, którego nie będziesz mógł odłożyć.

Magda Stachula (ur. 1982) – absolwentka judaistyki na Uniwersytecie Jagiellońskim. Zawodowo zajmowała się importem kamer do monitoringu wizyjnego. Ma męża i dwójkę dzieci, mieszka w Krakowie.

Premiera: 18 sierpnia 2016 roku (Znak Literanova).


Magda Stachula
„Idealna” – fragment

idealna

Adam
2 listopada 2015

Anita wyjechała na kilka dni do rodziców. Nawet nie nalegała, żebym jej towarzyszył, chyba od początku wiedziała, że odpowiedź będzie odmowna. Nigdy nie lubiłem przebywać w jej domu rodzinnym. Nie czułem się tam komfortowo, za każdym razem uświadamiając sobie, że po moim dzieciństwie zostały tylko wspomnienia. W salonie ustawiono poświęcony jej ołtarzyk. Zdjęcia z czasów, gdy myliła jeszcze noc z dniem, miała dwa zęby i policzki chomika. Laurki, którymi obdarowywała ich w każde imieniny, urodziny, Dzień Matki i Ojca. Poskręcane na brzegach i wyblakłe kłuły mnie w oczy, ilekroć na nie spojrzałem. Nie miałem ochoty znów tego przeżywać. Mój dom rodzinny nie istniał, nie było nikogo, kto z takim namaszczeniem pielęgnowałby pamiątki z czasów, gdy byłem chłopcem.
Marta wyznała kiedyś w niekontrolowanym przypływie szczerości, który zdarza jej się wyjątkowo rzadko, że jej rodzice zginęli w wypadku samochodowym. Dawno, gdy miała siedemnaście lat. To nas jeszcze bardziej do siebie zbliżyło. Może ludzie w podobny sposób pokrzywdzeni przez los odbierają na tych samych falach? Dwoje dorosłych sierot, coś w tym rodzaju. Nie mówiliśmy już o tym więcej, ale ten niewidzialny łańcuch przykrych doświadczeń jest wciąż obecny między nami. Anita nigdy do końca nie potrafiła mnie zrozumieć. Nie miała pojęcia, jak czuje się ktoś, kto jest naprawdę sam na świecie. Pozbawiony bezwarunkowej miłości, którą potrafią dać tylko rodzice. Próbowała wciągnąć mnie do swojej rodziny, uczynić ze mnie syna, którego jej ojciec i matka nigdy nie mieli. A oni przyklaskiwali temu, usilnie próbując wkupić się w moje łaski. Zadbany ogródek, komplet wypoczynkowy na tarasie, pies witający głośno od progu, istna przypowieść o tym, co w moim życiu już nigdy nie wróci. Gdyby tak łatwo dało się wszystkich zastąpić, nie byłoby tylu ludzkich tragedii. Miałem kiedyś kochającą rodzinę, nie potrzebowałem tych wciąż żywych wspomnień podmieniać nowymi.
Kiedy pojechała, przeprowadziłem się do Marty. Ucieszyła się i ugościła mnie lepiej niż w pięciogwiazdkowym Sheratonie. Wprawdzie w tym roku Wszystkich Świętych wypadło w niedzielę, a więc mój czas rozkoszy ograniczył się do zwykłego weekendu, ale i tak tych dwóch dni nie zamieniłbym na nic na świecie. Lodówka była wypełniona po brzegi, dochrapałem się nawet własnych pantofli i szlafroka. Przed południem w sobotę musiała na chwilę wyjść, ale niecałe dwie godziny później wróciła. Widocznie cmentarz ma niedaleko, chyba że była gdzieś indziej, nie pytałem. W piątek po pracy odwiedziłem grób rodziców, a potem pojechałem do niej. Zastanawiałem się, czy nie zabrać jej na jakąś halloweenową kolację na mieście. Jednak chociaż moja żona wyjechała z samego rana, uznałem, że to zbyt niebezpieczne. Zawsze mógłby zobaczyć nas ktoś z naszych znajomych lub któraś z koleżanek Anity. Poza tym naprawdę nigdzie nie byłoby nam tak cudownie jak w jej domu.
Zaliczyliśmy chyba wszystkie z możliwych, a na pewno ze znanych mi form romantycznego spędzania czasu, od kąpieli w świetle świeczek po wspólne gotowanie. Nie należę do miłośników scenariuszy w stylu love story, ale ten rodzaj rozrywki w weekend ogólnonarodowej nostalgii i melancholii był trafnym wyborem.
W poniedziałek bezpośrednio od niej pojechałem do pracy. W tym samym ubraniu, w którym byłem w piątek w firmie, a to do mnie niepodobne. Jednak nikt nie zauważył, że nie spałem w domu.

Anita
4 listopada 2015

Jestem załamana. Od dwóch dni płaczę. Ten cios był najdotkliwszy ze wszystkich, jakich doświadczyłam, ból nie do zniesienia. Kiedy spotyka nas coś złego, zawsze wydaje się, że gorzej być już nie może. A jednak.
W poniedziałek rano wróciłam od rodziców. W końcu zdecydowałam się pojechać, żeby przedłużyć kłamstwo o moim „udanym wielkomiejskim życiu”. Połknęli haczyk i, o dziwo, w tym roku byli łaskawi. Mieli ciekawszy temat do przedyskutowania.
Zajęli się sprawą mojej kuzynki, która spotyka się z jakimś muzułmaninem. Na tle obecnej histerii związanej z uchodźcami rozmowom i dobrym radom ciotek nie było końca.
Gdy wróciłam do domu, od progu wiedziałam, że coś jest nie tak. Czułam to intuicyjnie. Zamek przekręcony był dwukrotnie, a nie jak zawsze cztery razy. Nigdy nie zamykaliśmy drzwi inaczej niż właśnie w ten sposób, dosłownie na cztery spusty. Rozejrzałam się kontrolnie po mieszkaniu, ale nic nie zginęło, przynajmniej na pierwszy rzut oka. Poza tym nie miało kiedy, bo wróciłam kilka minut po wyjściu Adama. Dokładnie między ósmą piętnaście a ósmą dwadzieścia siedem, bo po włączeniu radia w Trójce leciał Salon polityczny.
Rozpakowałam się, zrobiłam śniadanie i niecierpliwie czekałam na południe i spotkanie z Zo. Gdzieś około dziesiątej trzydzieści przypomniałam sobie o Pozytywce. Uzmysłowiłam sobie, że nie wybiegła mi na spotkanie, być może zasnęła w jednej ze swoich skrytek. Jednak nie mogłam jej znaleźć.
Zaczęłam gorączkowo biegać po mieszkaniu i wtedy to odkryłam. Gumowa miednica, w której piorę ręcznie biustonosze, leżała dnem do góry w wannie wypełnionej wodą mniej więcej do wysokości kostek. Nie podobał mi się ten widok, od razu wiedziałam, że stało się coś złego. Nie mogłam oderwać miednicy od dna, przyssała się, szarpałam, aż w końcu puściła. Pod spodem leżała martwa Pozytywka. Z krzykiem wybiegłam z łazienki. Miałam wrażenie, że słyszy mnie całe piętro.
Zadzwoniłam do Adama. Przyjechał po niespełna półgodzinie, ale i tak ciągnęło się to w nieskończoność.
– Co się stało? – Wpadł do łazienki, nie zamknąwszy za sobą drzwi wejściowych. – O Boże! – wrzasnął.
Przekręciłam klucz w zamku i stanęłam za jego plecami. Bałam się jeszcze raz spojrzeć na wannę, choć po prawdzie nie musiałam patrzeć, bo cały czas miałam ten widok przed oczami.
– Jak to się stało? – Pochylił się i wziął Pozytywkę na ręce.
Położył ją na jednym z ręczników, owinął i spojrzał na mnie. Niczego nie wyczytałam w jego wzroku.
– To ty mi powiedz, jak to się stało! Zabiłeś ją?
– Oszalałaś! – krzyknął.
– Kiedy ją ostatnio widziałeś? – zapytałam.
Nie odzywał się, pochylając się nad kotką.
– No kiedy? – ponowiłam pytanie.
– Jak dawałem jej jeść – odpowiedział wymijająco.
Czułam, że coś przede mną ukrywa. Był niespokojny, na jego czole zauważyłam kilka kropel potu.– Kiedy? Rano, przed wyjściem? O której konkretnie? Kąpałeś się wcześniej? Zostawiłeś w wannie wodę?
Miałam zamiar przyłapać go na kłamstwie.
– Nie. – Wyminął mnie i wszedł do kuchni.
Nalał wody do szklanki. W ostatniej chwili zauważył zacieki po zewnętrznej stronie szkła, bez słów rzucił ją do zlewu.
Z szafki wyjął czysty kieliszek do szampana. To on nie umył naczyń, mnie nie było przez cały weekend, może mieć pretensje tylko do siebie. Chodziłam nerwowo po kuchni jak dziki zwierz w klatce. Wciąż nie docierało do mnie to, co się stało.
– Adam, kiedy ją ostatnio widziałeś?
Stał odwrócony tyłem do mnie i głęboko oddychał.
– W niedzielę rano. – Odwrócił się w moją stronę.
– W niedzielę? – Wpatrywałam się w jego twarz. – Nie spałeś dzisiaj w domu? Gdzie byłeś?
– U Piotra. W niedzielę rano spotkaliśmy się na cmentarzu, a potem pojechaliśmy do niego. Oglądaliśmy filmy, zostałem tam na noc. Nie mam pojęcia, jak to się stało. Naprawdę.
Opuścił bezradnie ręce. Przyglądałam się jego twarzy, drgała mu dolna warga, wierzyłam, że tego nie zrobił.
– Wydaje mi się, że mogłem zapomnieć nalać jej wody. – Teraz on zaczął nerwowo chodzić po kuchni. – Na pewno wsypałem karmę do miski, to pamiętam. Może Pozytywka chciała się napić, wskoczyła do wanny i jakoś nieszczęśliwe wpadła pod miskę, która przyssała się do dna. Nie wiem.
Oparł czoło o ścianę.
– Ile razy przekręciłeś klucz w drzwiach, jak wychodziłeś? – zapytałam, podchodząc do niego.
– Co? – Oderwał głowę od płytek i spojrzał na mnie.
– Ile razy przekręciłeś klucz w drzwiach? – powtórzyłam.
– Nie pamiętam – oburzył się. – Jakie to ma znaczenie? – Popatrzył na mnie jak na idiotkę.
– Ma – odparłam. – Zawsze przekręcamy do końca, robimy to automatycznie, ty i ja, od lat, a dziś zamek był przekręcony tylko dwukrotnie. Ktoś tu był – zasugerowałam.
Zmarszczył brwi i wymijając mnie, pobiegł do sypialni. Szukał czegoś w swojej szufladzie. Nie trzymamy pieniędzy w domu, jednak akt własności i teczki z pinami i hasłami do banku – owszem.
– Wszystko jest na miejscu – powiedział, wychodząc z sypialni.
– Nic nie zginęło.
I wtedy mnie olśniło. Ktoś zrobił to specjalnie. Ktoś celowo utopił Pozytywkę.
– To on to zrobił – stwierdziłam.
– Kto?
– Ten parszywy gnojek z dołu.
Patrzył na mnie z pytającą miną.
– Zamordował Pozytywkę w odwecie za kocie kupy na wycieraczce.
– O czym ty mówisz?
Wtedy powiedziałam mu o wszystkim. Był oburzony i zniesmaczony moim zachowaniem.
– Należało mu się – broniłam się. – Za ten ciągły hałas i paskudzenie w windzie. I wiesz, że to poskutkowało, zaczął po sobie sprzątać i przestał szurać.
Spojrzał na mnie, jakbym była niespełna rozumu, ale wiem, że zasiałam w nim niepewność, widziałam to w jego oczach.
Pochowaliśmy ją niedaleko zoo, w Lesie Wolskim, zaznaczając jej grób omszałym głazem. Płakałam jak bóbr, po raz pierwszy od długiego czasu pozwoliłam sobie znów być przy nim sobą. Miałam powód do histerii, wiedziałam, że tym razem nie będzie patrzył na mnie jak na walniętą kretynkę. Pocieszał mnie i objął ramieniem, gdy powolnym krokiem wracaliśmy do auta. A potem nie wrócił już do pracy, zadzwonił i został ze mną. Siedzieliśmy w ciszy i jakoś dziwnie nie czułam do niego niechęci, nie przeszkadzała mi jego obecność, która jeszcze kilkanaście dni temu doprowadzała mnie do szału. Teraz była uspokajająca, jak kiedyś, gdy byliśmy w sobie zakochani. Poszłam do kuchni zrobić herbatę i niechcący nogą potrąciłam miskę. Kiedy sucha karma rozsypała się na płytki, myślałam, że pęknie mi serce. Powiedział, żebym nikomu nie mówiła o naszych podejrzeniach, szczególnie temu sąsiadowi z dołu, że to mimo wszystko brzmi niedorzecznie.
Nie posłuchałam go. Gdy tylko we wtorek wyszedł do pracy, poszłam na dół. Waliłam długo w drzwi, ale facet nie otwierał.
Pewnie się mnie bał, nie dziwię się, w tamtej chwili też bym się siebie bała. W piwnicy znalazłam sprej, którym kiedyś malowałam na srebrno szyszki na choinkę, i napisałam na jego drzwiach: „Morderca”.


Fragment książki zamieszczony dzięki uprzejmości Wyd. Znak Literanova.