Mariusz Szczygieł wielkim dziennikarzem jest! I eseistą! I pisarzem. I reportażystą. Tym ostatnim już trochę mniej, ale szczęśliwie w przyrodzie nic nie ginie i można sięgnąć po jego reportaże, kiedy tylko się zechce.

Ja zachciałam akurat teraz. Trochę się tego Szczygła już naczytałam, więc teraz przyszedł czas na słuchanie. Zabrałam się za absolutny klasyk „Niedziela, która zdarzyła się w środę”.

Mariusz Szczygieł sam czyta swoje teksty. A to zawsze mnie intryguje. Po pierwsze zawsze chcę się przekonać, czy autor ma nie tylko zdolności literackie, ale też aktorskie? I po drugie, co autor miał na myśli, kiedy pisał książkę? Jak wiadomo (pomijając oczywiście pisanie matury pod klucz) interpretacji może być bardzo wiele. A w przypadku audiobooków tylko autor przeczyta swoją książkę interpretując ją zgodnie ze swoim założeniem. Wszystkie inne wykonania, choć mogą być wciągające, to są pewną ingerencją w dzieło. Tylko autor może głosem dać do zrozumienia, co dla niego było najważniejsze w danym zdaniu, na stronie czy w rozdziale. Czytając swoje dzieło pisarz nadaje mu nową formę, przenosi ją w inny wymiar, ale nadal jest ona w całości jego dziełem.

Szczygieł nigdy nie zawodzi. Czy pisze reportaże, czy prowadzi talk-show, czy wygłasza peany na temat Czechów, po prostu wiadomo, że robi to dobrze. Ot, taka zdolność. W przypadku „Niedzieli, która zdarzyła się w środę” jest tak samo. Jego ciepły spokojny głos naturalnie przenosi nas do Polski lat 90. Ta książka to zbiór reportaży, które opowiadają o przemianach i społeczeństwie krótko po zachłyśnięciu wolnością, kapitalizmem i zachodem, kiedy nadawano dzieciom na imię „Dżesika”, a stare okna familoków przyozdabiano zasłonką w panterkę.

Na celowniku zainteresowań Szczygła znalazła się zarówno polska muzyka chodnikowa, czyli era fascynacji disco polo, (którego, jak pamiętamy, oficjalnie nikt nie słuchał, ale dziwnym zbiegiem okoliczności teksty piosenek wiele osób zna do dziś), likwidacje ogromnych zakładów pracy, jak i słynny już „Onanizm Polski”.

Szczygieł ma tę niesamowitą zdolność kierowania uwagi na szczegółach. Do malutkich elementów, które w odpowiednim kontekście tworzą całość, którą niemal czuć i widać. To właśnie te drobnostki potem wracają do nas, a to podczas wizyty na poczcie, a to podczas podawania własnego numeru PESEL.

Tytułowa „Niedziela, która zdarzyła się w środę” to właśnie taki szczegół. Błahostka, którą łatwo można było przegapić. Tymczasem to właśnie to zdanie doskonale podsumowało życie pewnej polskiej rodziny, która w świetle przemian i braku pieniędzy miała swoje małe marzenia. To zdanie podkreśla też wyjątkowość niedzieli w kalendarzu Polaka. Bo jeśli ma się wydarzyć coś niesamowitego, to musi to być w niedzielę. W ten mityczny dzień.

Ta książka to opowieść o nas samych. Wierny obraz, na którym chyba nikt nie wyszedł korzystnie. Brutalnie zostały tam wytknięte przywary i wady nas samych, które uwypukliły się w szalonym okresie „różowych lat dziewięćdziesiątych”. To opowieści o tych, którym udało się utrzymać na powierzchni i o tych, którzy nie odnaleźli się w nowej rzeczywistości. Wiele cytatów z książki można brać i powtarzać do dziś, jak choćby „Jak pięknie być przeciętnym”, albo „postawić przed przeciętnymi nieprzeciętne zadanie”, czy „O czytam dużo. Przygodowe, książki akcji, prozy tylko nie lubię”.
Słowem – wszystkim tym, którzy jeszcze nie czytali, dobrze radzę: posłuchajcie!

Anna Kokoszka