Panią Danutę, autorkę bloga Dancia Czyta, (podobnie jak Renatę – tłumaczkę literatury ukraińskiej) poznałam na Blogowigilii. Tym, za co uwielbiam wszelkiego rodzaju spotkania blogerów, jest fakt, że zawsze spotykam na nich ludzi z pasją, kochających to, co robią oraz lubiących dzielić się swoimi zainteresowaniami z innymi, bez względu na to, ile mają lat. Pani Danuta w marcu skończy 80 lat – życiowej energii, humoru i pozytywnego nastawienia pozazdrościć mógłby jej niejeden młody człowiek. Kiedy okazało się, że również zajmuje się książkami, przybiłyśmy sobie mentalną piątkę i oczywistym było dla mnie, że jej osobę przedstawię również Wam. Panią Danutę wypytałam o to, jak zaczęła się jej przygoda z książkami i co czytała jako mała dziewczynka oraz wokół jakiej literatury kręci się jej życie teraz. Serdecznie zapraszam do lektury!

Książki kiedyś

W moim rodzinnym domu zawsze były książki i jeżeli dobrze pamiętam to jedną z pierwszych były „Przygody pszczółki Mai” i „O krasnoludkach i Sierotce Marysi”. Potem był Makuszyński i jego komiksy, czyli „Koziołek Matołek” i inne a później jego powieści dla młodzieży, ale pierwszą samodzielnie przeczytaną książką było ” W pustyni i w puszczy”. Parę lat później w tajemnicy, bez zrozumienia, ale z zapartym tchem „Przeminęło z wiatrem”. W międzyczasie były specjalne pozycje dla panienek: „Samotne serce”, „Ofiara dziecka”,”Dzikuska” – wyciskające łzy, trochę infantylne i na pewno absolutnie nie pasujące do naszych czasów i poziomu wiedzy obecnych nastolatek. W różnych okresach życia czytałam: najpierw obowiązkowe lektury, później klasykę rodzimą, następnie francuską, a po tzw.”odwilży” amerykańską – oczywiście Stainbeck i Hemingway w pierwszej kolejności. Z mężem rozczytywaliśmy się w literaturze fantastyczno-naukowej od Żuławskiego przez Borunia i Trepkę po Lema.

Książki dziś

Bloga założyła dla mnie Kinga, wnuczka, i trochę zmusiła do pisania tych niezbyt fachowych, ale własnych recenzji. Dziwiło mnie zawsze nagłaśniane wiadomości o tak mizernym czytelnictwie u nas, ale myślę że statystyki nie są zbyt rzetelne, bo przecież nie obejmują tych czytelników korzystających z prywatnych zbiorów i czytnika. Często wracam do ukochanego Neverlego („Leśne Morze” czy „Wzgórze błękitnego snu”), do Wańkowicza, który jest moim ukochanym i zadziwiająco zrozumiałym dla mnie, kresowianki, pisarzem oraz do niektórych pisarzy skandynawskich. Książki dostaję w prezencie od najbliższych, sporo pożyczam od znajomych i od znajomego zapalonego zbieracza-bibliofila oraz korzystam z czytnika, na który wgrywa ciekawsze pozycje córka. Młodym do przemyślenia polecam ostatnio czytane przeze mnie „Gwiazd naszych wina” Johna Greena i „Złodziejkę książek” Markusa Zusaha – to zupełnie inne i bardzo ciekawe, wartościowe pozycje. W poszukiwaniu nowych tytułów zaglądam czasem na inne blogi, ale nie chcę się sugerować opiniami innych – chociaż często są bardzo podobne do moich. Niektóre książki trafiają do mnie zupełnie przypadkowo, jak te ostatnio czytane z literatury chińskiej – te oficjalne i te wydawane w USA czy w Wielkiej Brytanii.

Ulubione postacie literackie i ulubieni pisarze

W dorosłym życiu nigdy nie utożsamiałam się z fikcyjnymi postaciami  z książek, chociaż z licznych biografii czerpałam wiele mądrych rad, podziwiałam i zazdrościłam im wiedzy i talentów. Ponieważ wyjątkowo lubię czytać reportaże i tzw. literaturę faktu, to oczywiście zaczytywałam się w Wańkowiczu, Kapuścińskim i innych znanych reportażystach-podróżnikach. Aktualnie bardzo mnie poruszyły dwie pozycje: „Nie ma jednej Rosji” Barbary Włodarczyk i „Biała gorączka” Jacka Hugo-Badera. Z tymi ostatnimi dziennikarzami i reportażystami chętnie bym porozmawiała o ich podróżach przy kieliszku dobrej domowej nalewki. Jestem już w tzw. „podeszłym wieku”, którego absolutnie nie czuję, a chociaż mieszkam 20 km od miasta staram się nie opuszczać spotkań i wykładów na Kazimierzowskim Uniwersytecie Trzeciego Wieku w Bydgoszczy, którego jestem leciwą (jedną z wielu!) „studentką”.

Co poza tym?

Z uporem maniaka piszę tzw. kroniki rodzinne (kartki i zdjęcia wpinam w segregatory chronologicznie od 1956 roku) – zamieszczam w nich wszystko, co dotyczy moich dwóch córek, ich dzieci i mężów oraz najbliższej rodziny i ciekawszych wydarzeń. Także bieżące sprawy – rocznice, wakacje, spotkania i uroczystości. Jednak to jeszcze nie wszystko, bo począwszy od pradziadków moich i mego męża skrzętnie zapisuję kolejne narodziny, także odejścia w rodzinie. Kontaktuję się z bardzo liczną rodziną rozsianą teraz po całym świecie i muszę przyznać,że dosyć chętnie przesyłają zdjęcia i odpisują (to kolejne opasłe segregatory). Mój mąż Bogdan, pierwsza i ostatnia miłość od szkolnej ławki, po prawie 55 latach wspólnie przeżytych już nie żyje, ale opowieść o nim to już inna historia z mojego życia…

Chcesz nam opowiedzieć o swoim projekcie? Napisz: info(at)bookeriada.pl

bloglovin