Naszym zdaniem

„Księga wieszczb” to ciągłe oczekiwanie na to, aż wydarzy się coś nadnaturalnego.

6
Styl i język
4
Treść i fabuła
6
Okładka
9
Zapach

Ze swojego debiutu Erika Swyler może być naprawdę dumna. „Księga wieszczb” jest zarazem lekka i melancholijna. To opowieść o literaturze i jej znaczeniu w życiu człowieka, o tym jak ważna jest rodzina, a to wszystko oprószone zostało odrobiną realizmu magicznego. Gdy przeczytałam opis fabuły, to stwierdziłam, że to wszystko już było. Wszak powstało mnóstwo książek o tajemnicy z przeszłości poznawanej poprzez zapiski przodków, a jednak powieść tej pisarki czyta się przyjemnie i bez nieustannego deja vu. Ba! Czyta się to z zadowoleniem i bez zażenowania. Myślę, że to za sprawą magii, która, mimo że nie jest namacalna w całej powieści, to jednak jest w niej odczuwalna. Miałam wrażenie ciągłej niezwykłości zdarzeń, nawet gdy opisy dotyczyły jedzenia śniadania. „Księga wieszczb” to ciągłe oczekiwanie na to, aż wydarzy się coś nadnaturalnego.

Główny bohater, Simon Watson, jest bibliotekarzem, który boryka się z kłopotami finansowymi. Jego dom, odziedziczony po rodzicach, rozpada się – dosłownie, a z pensji pracownika naukowego nie jest w stanie go odremontować. Od nieznajomego otrzymuje paczkę, w której znajduje się stary dziennik. Pojawia się w nim nazwisko jego babki. Simon jeszcze nie wie, że pomoże mu on rozwikłać historię jego rodziny i uniknąć wielkiej tragedii.

Znany schemat? Owszem. Pomysł autorki nie jest zbyt nowatorski. Mogę nawet dodać, że sposób wykorzystania elementów fabularnych nie jest odkrywczy. A jednak jakoś tak przyjemnie czytało się o kolejnej rodzinie obciążonej dziedzicznym sekretem. Bo to nie odkrywczość urzeka, lecz magia. Akcja płynie powoli rozgrywając się na dwóch płaszczyznach czasowych. Część rozdziałów opowiada o współczesnych losach Simona, a kolejne przenoszą czytelnika w przeszłość i pokazują początki rodu. Osobiście chętniej czytałam rozdziały o przeszłości, gdyż pisarce naprawdę udało się oddać klimat niezwykłości cyrku z XVIII wieku. Niemniej naprawdę polubiłam Simona. Odnalazłam w nim bratnią duszę – spokojny, wycofany, kompulsywny, wiecznie niepewny, czy to, co robi, jest słuszne. Ciekawym zabiegiem jest zupełny brak opisu Simona. Nie wiem, jak on wyglądał. Reszta postaci należących do planu współczesnego jest trochę bezbarwna, zwłaszcza Alice, którą można było porządnie rozbudować i stworzyć z niej pełnowymiarową, niejednoznaczną postać. A zamiast tego snuje się, trochę się obraża, ale zasadniczo jest zbędna. Zupełnie inaczej odebrałam bohaterów z „przeszłości”, lecz podejrzewam, że kolorytu dodała im epoka, w której żyli i wykonywane zawody.

Niewiele zdarzeń mnie zaskoczyło, właściwie wszystko było dla mnie oczywiste już na samym początku. Nie odebrało mi to jednak całej przyjemności – tylko odrobinkę. Wielką radością było dla mnie obcowanie z tak magiczną książką. Czułam się trochę jakbym funkcjonowała w innej rzeczywistości, choć przecież świat opisywany przez Swyler jest tożsamy z realnością.

Mam wrażenie, że najlepiej wyszłoby, gdyby pisarka skupiła się na pisaniu o przeszłości, bo ma ku temu predyspozycje. Fabuła umieszczona w XVIII wieku wciąga, postacie są bogato opisane, złożone, ani całkowicie dobre, ani złe.

Język jest ładny, mimo przeskoków czasowych powieść jest uporządkowana i logiczna. Zdziwiłam się, że jest to debiut, gdyż stylistycznie jest przeciętnie i całkiem znośnie, a nie tak jak zwykle, czyli dramatycznie źle. To może świadczyć o tym, że Swyler jest materiałem na fantastyczną pisarkę.

Polecam osobom, które lubią powolne historie rodzinne ze szczególną atmosferą magii i niesamowitości. Czekam na więcej.

Karolina Baran