Naszym zdaniem

Fenomenalne rozpoczęcie serii i świetny ruch marketingowy – pierwsza powieść z cyklu o komisarzu Wistingu oparta jest na prawdziwych wydarzeniach!

8
Styl i język
9
Treść i fabuła
10
Okładka
8
Zapach

Wydawnictwo Smak Słowa zamknęło krąg i oddało do rąk czytelników pierwszy tom serii o komisarzu Williamie Wistingu zatytułowany „Kluczowy świadek”. Tom otwierający serię cieszy, pozostaje jednak świadomość tego, że z liczącej dzisiaj jedenaście części (dziesięć plus prequel) opowieści wciąż brakuje nam odcinków od drugiego do piątego. Wydawnictwo działa jednak sprawnie – w ciągu czterech lat pojawiło się siedem tomów, więc pewnie niedługo zobaczymy i pozostałe. Już dzisiaj Smak Słowa zapowiada rychłe wydanie „Gdy sztorm nadchodzi” (część trzecia) i „Zaginięcie Felicji” (część druga).

Pomimo tego, że każdy tom to odrębna sprawa kryminalna i można je czytać osobno, w oderwaniu od serii, z zaburzoną kolejnością względem ich tworzenia przez autora, nie mogę doczekać się chwili, gdy na półce pojawi się kompletna historia, którą będę mogła jeszcze raz przeczytać. Powieści Horsta to nie tylko porywające wątki kryminalne, ale przede wszystkim postać Williama Wistinga. Człowieka, którego życie prywatne nie przysłania wątku głównego, ale wyśmienicie go uzupełnia, dając wrażenie bohatera z krwi i kości. Dla kogoś, kto przywiązuje się do głównych bohaterów i żyje ich życiem, ciągła tułaczka chronologiczna może być męcząca. Jeśli jeszcze nie czytaliście powieści Horsta, to moim zdaniem właśnie nadszedł najlepszy moment, aby to zmienić – kiedy dostępny jest tom pierwszy serii, a niedługo ukażą się kolejne. Poza tym nie ma trudności z zakupem poprzednio wydanych tomów (późniejszych chronologicznie), ponieważ Smak Słowa wciąż utrzymuje dość wysoki stan magazynowy wszystkich części.

Wracając jednak do „Kluczowego świadka” – fenomenalne rozpoczęcie serii i świetny ruch marketingowy. Swoją pierwszą powieść Horst oparł na motywach prawdziwej zbrodni. Co ważne, zbrodni, która była pierwszą, jaka trafiła mu się, gdy rozpoczął służbę w Policji. I jeszcze ważniejsze, zbrodni, która zelektryzowała całą Norwegię i pomimo upływu dwudziestu dwóch lat pozostaje nierozwiązana. Konwencja kryminału wymaga rozwiązania zagadki i tak też dzieje się w przypadku śmierci Prebena Pramma – nieboszczyka z książki, mając jednak świadomość tego, że autor wykorzystał w książce prawdziwe motywy, czytelnik nie może przestać się zastanawiać, gdzie kończą się fakty a zaczyna się fikcja. Wielkim plusem jest napisana przez Horsta przedmowa do polskiego wydania, w której wprowadza on czytelników w zagadkę śmierci Ronalda Ramma, wdowca w podeszłym wieku, który został zamordowany w jego własnym domu i wyjaśnia pokrótce jakim zabiegom podał tę historię w powieści. Wywrócony do góry nogami dom sugeruje motyw rabunkowy, z drugiej strony nie zniknęły żadne kosztowności. Staruszek był ekscentryczny, miał swoje hobby, które nie zawsze wszystkim odpowiadało (sami sprawdźcie, o czym mowa), czy jednak był aż tak wielkim problemem, że musiał umrzeć? Poza tym pojawia się, w mniejszym stopniu, ale dla mnie wyczuwalny, znany nam z „Jaskiniowca” motyw samotności ludzi, z takich czy innych powodów odrzuconych przez społeczeństwo.

Najmocniejsza część powieści Horsta pozostaje niezmienna – realizm. Policyjna praca, która ukazana jest w trosce o najdrobniejsze szczegóły przez człowieka, który zna się na rzeczy – sam pracował przez lata w norweskiej policji. Z jednej strony porywająca, z drugiej żmudna i nudna – przesłuchania, przesłuchania, czasem może jakieś przeszukanie. A poza tym nocne powroty do domu, odgrzewane w mikrofalówce obiady, niezmiennie przygotowywane przez kochającą żonę, która nie narzeka, co nie znaczy, że nie czuje się zaniedbywana. W imię czego? Sprawiedliwości czy satysfakcji komisarza?

Do tej pory nie mogłam się zdecydować, czy najlepsza częścią cyklu jest dla mnie „Poza sezonem” czy są to może „Szumowiny”. Teraz na pierwszym miejscu stawiam „Kluczowego świadka”. Do tego okładka – dla mnie fenomenalna, idealne zestawienie kolorów i ta sowa, która patrzy tak przenikliwie, że aż ciarki przechodzą. Ale nie samą okładką człowiek żyje. Siłą Horsta jest realizm, coś, czego nie można mu odebrać. Doświadczenie policyjne i nienadęty styl, dopuszczanie możliwości porażki (i w życiu zawodowym i prywatnym), sprawiają, że całość czyta się jednym tchem.

Sylwia Tomasik