Naszym zdaniem

„Linie kodu kreskowego. Piętnaście historii” to książka zarazem chłodna i uwodzicielska. Czytać ją, to jak leżeć w rozwiązanym kimonie na zimnej podłodze. Idealna na pierwsze chłodne dni schyłku lata.

10
Styl i język
7
Treść i fabuła
10
Okładka
10
Zapach

Samotne życie dorosłej kobiety w sercach zbuntowanych dziewczynek, ich obcowanie z bogami i demonami – w tych dwóch hasłach kryje się odpowiedź na pytanie, dlaczego Krisztina Tóth, autorka Linii kodu kreskowego. Piętnastu historii, jest moją „węgierską Patti Smith”, witrażystką kobiecych, połamanych dusz. Ale o ile Smith, choćby nawet w swojej ostatniej powieści M Train, dociera do ukrytych przed oczami publiczności przedmiotów, niegdyś należących do Sylvii Plath czy Fridy Kahlo, i dzięki nim pisze własną, intymną historię życia i sztuki swoich bohaterek, o tyle Linie… to historie wyłowione z nieświadomości, samym zapisem pozbawiane tkwiącego w nich wstydu. Historie o dzieciństwie na Węgrzech, pełnym wywołujących obrzydzenie wspomnień, o pokojach, tak samo umeblowanych w całym bloku, wszechświecie dzieciństwa bohaterki, o podróżach w „wolny” już świat z całym bagażem „zniewolonej” tożsamości – trudnym dorastaniem i przede wszystkim relacjami damsko-męskimi.

Jednak te wszystkie przebrzmiałe miłości, które wciąż wypuszczają nikłe pączki albo gniją gdzieś w tle piętnastu historii, nie są podane nam jak tani melodramat. Targana przez życie, rzadko oczekiwana, czy to w domu, czy na drugim końcu planety, brutalnie zdradzana, albo naiwnie zaślepiona jak w kiepskich filmach dusza kobieca – narratorka każdego z opowiadań – wymyka się rozczulającemu współczuciu i patosowi. Język Krisztiny Tóth buzuje od emocji, niemniej autorka umieszcza je głęboko pod powierzchnią, być może zamyka ich więcej w jednym, pozornie krystalicznie zimnym zdaniu, niż Camus w swoim słynnym Obcym. I tylko jednego nie udaje się ukryć tak pięknie używanym językiem – dojmującego smutku narratorki, humanistki i artystki, która, nawet gdy podróżuje na dalekie, głośne lądy, wciąż doświadcza głębokich przemilczeń i niewykorzystanych szans z przeszłości.

Moim ulubionym opowiadaniem z ładnie wydanej książki, ubranej w sierpniową, subtelną, brzoskwiniową okładkę, jest Zimna podłoga (linia poziomu), gdzie nazwiska aktorów, nazwy filmów i widoki z samolotu, lecącego do kraju Kwitnącej Wiśni, mieszają się z próbami powrotu do odnalezionego już raz snu. Patti Smith w swoim M Train odbywa pielgrzymkę śladami miejsc spoczynku zmarłych i zabiera w drogę powrotną fotografie grobów. Narratorka Zimnej podłogi dokonuje odwrotnego aktu – przemieszcza się śladami umarłej miłości, a nikłe obrazy, jakie z niej zachowała, pozostawia na przykład w ogrodzie buddyjskiej świątyni, w dziupli drzewa.

Linie kodu kreskowego. Piętnaście historii to książka zarazem chłodna i uwodzicielska. Czytać ją, to jak leżeć w rozwiązanym kimonie na zimnej podłodze, podobnie jak robiła to bohaterka jednego z opowiadań. Idealna na pierwsze chłodne dni schyłku lata.

Joanna Roś

Książkę mogliśmy zrecenzować dzięki uprzejmości Węgierskiego Instytutu Kultury. 🙂