W setną rocznicę pierwszego wydania, Wydawnictwo MG wznowiło pierwszy tom powieści Marcela Prousta W poszukiwaniu straconego czasu – W stronę Swanna w przekładzie Tadeusza Boya- Żeleńskiego. O niezwykłości tego dzieła, nie trzeba już dziś nikogo przekonywać.

Legenda biograficzna Prousta jest powszechnie znana. Opowiada o jego wykwintnym życiu, słabym zdrowiu, przywiązaniu do matki, a także późniejszym odosobnieniu, w którym pisał z pełnym poświęceniem dzieło swojego życia, mówi także o tym, że doceniony został dopiero po śmierci. Z resztą jak pisze Boy-Żeleński w swojej przedmowie:

Proust prawie nie ma biografii; przynajmniej zewnętrznej. Cały mieści się w historii swojej myśli, swojego dzieła.

To dzieło – W poszukiwaniu straconego czasu – opowiada o próbie powtórzenia doświadczeń z przeszłości, o przywoływaniu ich za pomocą specjalnych bodźców, niespodziewanych dla samego wspominającego. Jednak to czy napotka on przedmiot, który wyzwoli w nim przeszłe doświadczenie, zależy wyłącznie od przypadku. Sam nigdy się nie domyśli w jaki sposób mogłoby się to wydarzyć. Do historii kultury przeszedł już epizod z magdalenką. Smak tego ciastka zanurzonego w herbacie, nie przywołuje zwykłego wspomnienia, ale przenosi dosłownie do chwili z przeszłości. Przynosi narratorowi dawne obrazy i emocje; sprawia, że stają się aktualne.

I jak w owej zabawie, w której Japończycy zanurzają w porcelanowym naczyniu pełnym wody kawałeczki papieru z pozoru byle jakie, które, ledwo się zanurzywszy, wydłużają się, skręcają, barwią, różniczkują się, zmieniając się w kwiaty, w domy, w wyraźne osoby, tak samo teraz wszystkie kwiaty z naszego ogrodu i z parku pana Swanna i lilie z Vivionne, i prości ludzie ze wsi, i ich domki, i kościół, i całe Combray i jego okolice, wszystko to, przybrawszy kształt i trwałość, wyszło – miasto i ogrody – z mojej filiżanki herbaty.

Tak naprawdę głównym bohaterem tej powieści jest czas i mechanizmy wspominania, przede wszystkich miejsc i osób. Rozpoczyna się ona opisem stanu umysłu ludzkiego zaraz po przebudzeniu, kiedy nie wie się jeszcze ani gdzie się jest, ani ile ma się lat. Narrator z ciekawością obserwuje w jaki sposób człowiek rozpoznaje samego siebie – bo przecież bez świadomości miejsca i czasu nie jest on świadomy własnej tożsamości, to moment lęku. Śledzi też inne mechanizmy psychiki jak na przykład dziecięce strachy, budowanie przywiązania, stan zakochania. Jego odpowiedzi na pytania jak działa człowiek są bardzo przenikliwe, czasem bezlitosne. Świetnie odtwarza również sposób życia i klimat epoki. Wspaniały jest język tej książki – bardzo bogaty leksykalnie, oddziałujący na zmysły sugestywnym opisem, ze specyficznymi, niezwykle długimi zdaniami.

Trudno jest pisać o arcydziełach – wielokrotnie omawianych i interpretowanych, gdy już nikogo nie trzeba przekonywać o ich wartości. Ta książka broni się sama.

Aleksandra Byrska