Naszym zdaniem

Krótka powieść grozy. Akcja osadzona głównie w szpitalu psychiatrycznym, do którego trafia trudny pacjent z ostrymi zaburzeniami świadomości. Zapowiedziane zostały kolejne tomy.

5
Styl i język
4
Treść i fabuła
6
Okładka
10
Zapach

Szczególną sympatią darzę naszych rodzimych debiutantów. Zwłaszcza cieszy mnie, gdy widzę, że za pisanie biorą się młode osoby, które wnoszą do literatury świeże spojrzenie. Dlatego chętnie sięgam po książki nowych autorów. Tym razem w moje ręce trafiła książka Marcina Kozłowskiego – Egzorcyzm. Chociaż książka, to chyba za dużo powiedziane, prędzej książeczka zawierająca 143 stronicowe opowiadanie grozy.

Pierwsza myśl, jaka pojawiła się w mojej głowie po otrzymaniu książki to: Dlaczego ona jest taka cienka? Druga myśl: dlaczego czcionka jest taka duża? Trzecia myśl: przynajmniej została wydana na papierze o dobrej jakości. Chowając swoje uprzedzenia do kieszeni, dość szybko przeczytałam całą książeczkę i… no właśnie. I nie wiem co o niej myśleć – pewnie dlatego długo nie mogłam się zabrać za recenzję. 

Z jednej strony mamy wszystko to, co dobre opowiadanie grozy powinno posiadać: mroczny klimat – akcja rozgrywa się w zakładzie psychiatrycznym, tajemnicę – zagadkowy pacjent, który wprowadza zamęt na oddziale, oraz nietuzinkowych bohaterów. Niestety, coś jednak poszło nie tak i książka nie wzbudza większych emocji.

Zacznę może od początku. Pomysł na książkę, pomimo tego, że bardzo oklepany, można rozwinąć na wiele niestandardowych sposobów, wystarczy tylko trochę wyobraźni. A tu autor poszedł po linii najmniejszego oporu i wyszedł nam banał, który widzieliśmy już setki razy. Co więcej mroczny klimat, o którym wspominałam już wcześniej, a jaki powinien panować w szpitalach psychiatrycznych, został niestety zgwałcony przez niekompetencję jego pracowników. Nawet mnie, kompletnemu laikowi, wydaje się, że oddział psychiatryczny, który przyjmuje najbardziej niebezpiecznych psychopatów, powinien przestrzegać specjalnych procedur odnośnie bezpieczeństwa. A tu, mamy przypadek, gdzie krucha pielęgniarka, wchodzi do celi groźnego pacjenta bez żadnego zabezpieczenia, czy też opieki ochroniarza. Nie muszę dodawać, że kończy się to źle? Nietuzinkowi bohaterowie, no cóż, oni także zostali zhańbieni. Nie wyobrażam sobie funkcjonariusza policji, który bez szukania jakichkolwiek racjonalnych wytłumaczeń, przyjmuje fakt istnienia sił wyższych. A gdzie wola walki, gdzie zacięcie detektywistyczne, gdzie rozwiązywanie zagadki krok po kroku? Nie, nie, nie. To nie tak! Książka obfituje w momenty, które można było rozwinąć, uatrakcyjnić, zaciekawić czytelnika bardziej, zbudować klimat grozy i niepokoju. Wystarczyło skupić się na postaci księdza, który notabene jest najciekawszym charakterem w całej mini powieści.

Niestety, czytając miałam wrażenie, że autor pisał, żeby tylko odbębnić swoje – żeby tylko napisać cokolwiek, co zostanie wydane. A szkoda, bo zamiast wydawać kolejne części, które autor już zapowiedział, i dzielić powieść na 143 stronicowe opowiadania, mógł włożyć więcej pracy w pierwszy tom, dopieścić go, przeczytać kilkakrotnie, odpocząć, znów przeczytać i w końcu doszedłby do wniosku, że to jest coś co warto wydać, a wtedy efekt na pewno byłby znacznie lepszy.

Joanna Baster