Naszym zdaniem

W żadnej innej książce nie znajdziecie tak oryginalnej tablicy Mendelejewa, a Randall Munroe udowadnia, że opowiadanie o skomplikowanych rzeczach nie wymaga użycia zawiłego języka.

10
Styl i język
10
Treść i fabuła
10
Okładka
9
Zapach

Wyobraźmy sobie, że porywają nas kosmici. Nie mają złych zamiarów, chcą tylko wiedzieć, jak działają nasze długopisy, aparaty fotograficzne czy windy. Dzieli nas bariera językowa, dlatego załóżmy, że użyliby nieco prostszych, opisowych określeń („kijki do pisania”, „zdjęcioroby” i „podnoszący pokój”). Wersja dla tych, którzy wolą bardziej prawdopodobne sytuacje: to samo musimy wyjaśnić małemu dziecku. Czy na pewno dalibyśmy radę?

Autor jest znany polskim czytelnikom z „What if? A co gdyby? Naukowe odpowiedzi na absurdalne i hipotetyczne pytania”, a bardzo ładnie wydany „Tłumacz rzeczy” na pewno rzuci się w oczy każdemu, kto odwiedzi księgarnię. Duży format (228 mm x 330 mm) zachęca do nawiązania współpracy z łóżkiem albo kocykiem i podłogą – w książce najlepiej szperać właśnie na leżąco, bo oglądniecie wszystkich grafik, wykresów i tabel to zajęcie na kilka godzin (zobacz fragment). Dobrze też uprzedzić innych z naszej otoczenia, że podczas czytania będziemy ryczeć ze śmiechu. Głośno i nieprzerwanie, bo humor znajdziemy na każdej stronie, w każdym zdaniu i słowie. To ten rodzaj książki, który trzeba czytać od deski do deski – włącznie z okładką (!), notką o autorze (jest też gustowne „zdjęcie” :D) i podziękowaniami. Sugerowałabym pominięcie tylko jednej części książki – spisu treści. Obok śmiesznych nazw podano też takie, których używamy na co dzień, a szkoda psuć sobie zabawę. Każdy rozdział zaczyna się od krótkiego wprowadzenia, np.: „Ta maszyna sprawdza, czy ma się kawałek metalu o odpowiednim kształcie. Jeśli kształt się zgadza, maszyna puszcza to, czego się trzyma”. Co to może być? 🙂

Ogromne brawa należą się tłumaczowi – Jeremiemu K. Ochabowi, bo rewelacyjnie wykonał swoją pracę, a zadanie nie było proste. Munroe użył tylko tysiąca („dziesięciu setek”) najpowszechniejszych słów, by opisy działania otaczających nas przedmiotów były jak najprostsze i łatwe do zrozumienia. Oczywiście oryginał napisano w języku angielskim, ale tłumacz polskiej wersji „przemawia” do nas na końcu książki – tu należy się kolejny duży plus za wpisanie się w humorystyczny styl „Tłumacza rzeczy”.

Wbrew pozorom „Tłumacz rzeczy” nie jest tylko dla czytelników, którzy chcą dowiedzieć się czegoś nowego albo odświeżyć nieco zakurzoną wiedzę z chemii czy fizyki. Nadaje się również dla osób na co dzień związanych z nauką. W żadnej innej książce nie znajdziecie tak oryginalnej tablicy Mendelejewa, a Randall Munroe udowadnia, że opowiadanie o skomplikowanych rzeczach nie wymaga użycia zawiłego języka. „Tłumacz rzeczy” wzbogaci i uporządkuje naszą wiedzę, a przy okazji wyposaży nas w błyskotliwe uwagi, którymi będziemy mogli zabawiać wspomnianych kosmitów (lub dziecko) – np. czy należy bać się, gdy podczas lotu, nasz samolot nagle się wyłączy; kiedy ludzie mogą uznać nas za dziwnych w „podnoszącym pokoju” i czemu ciepła woda jest po lewej stronie kranu. Są też porady, które sami możemy wykorzystać – np. by nie gubić „kręconych trzymaków”. Zdecydowanie warto to zapamiętać! 🙂

Alicja Sikora