Dzisiejsza recenzja powinna ucieszyć przede wszystkim fanów historii alternatywnych i postapokaliptycznych wizji świata. O zaklętym kole opowiada Joaana Gajek.

Trudno wyobrazić sobie świat po atomowej zagładzie. Skąd czerpać wyobrażenia o tym, jak będą wyglądały resztki cywilizacji po przejściu śmiertelnego podmuchu? Jak przewidzieć, co stanie się z ludzkością i jak potoczą się jej dalsze losy? Najtrudniej chyba uwierzyć w to, że wszystko odbędzie się tak samo. Taką właśnie wizję przedstawia Walter M. Miller w swej książce „Kantyk dla Leibowitza”.

Naszym oczom ukazuje się świat po wojnie nuklearnej, która zniszczyła znaną nam cywilizację. Na bezkresnych pustkowiach Ameryki Północnej pozostałe przy życiu niedobitki próbują przetrwać. Świat powoli dźwiga się ze zniszczeń, mimo, że skutki Potopu Płomieni są widoczne jeszcze bardzo długo. Wciąż rodzą się potwory, zdeformowane ofiary choroby popromiennej. Na tym ponurym tle toczy się historia zakonu świętego Leibowitza, powołanego by chronić okruchy pozostałej wiedzy dla przyszłych pokoleń.

Miller rozwija nową historię ludzkości równolegle do tej, w której żyjemy. Historia zapętliła się i mamy kolejne Średniowiecze, wieki modlitwy i zacofania. Braciszkowie kopiują święte księgi, będące kiedyś podręcznikami fizyki, istnienie elektronu staje się dogmatem, nowo powstałe królestwo Teksarkany walczy z barbarzyńskimi nomadami. Z biegiem czasu i zgodnie z logiką dziejów, przychodzi czas Odrodzenia, ludzkość zaczyna coraz szybciej piąć się po szczeblach rozwoju. Wspinaczka kończy się w momencie, gdy ludzkość, która znacznie przewyższyła nasz obecny poziom technologiczny, kolejny raz unicestwia się w szaleństwie atomowych eksplozji.

Pierwsze cisnące się na usta pytanie: czy to może być prawda? Czy rzeczywiście, mimo nieskończenie wielu możliwości, tak naprawdę ludzkość jest w stanie wybrać tylko jeden kierunek rozwoju? Czy jest on na tyle optymalny, że będziemy go powtarzać w nieskończoność? Skojarzenia z „Fundacją” Asimova i Harim Seldonem natrętnie krążą mi po głowie. Urzekł mnie rozmach w kreacji świata, który jest tak podobny, a zarazem tak inny od naszego. Dzięki tej oddalającej perspektywie pytania o imponderabilia, których nie brak w książce, zyskują na świeżości i pokazują swoją uniwersalność w każdych warunkach.

Czymś nowym jest fakt, że powieść jest pisana z perspektywy osób duchownych, co nie jest częstym rozwiązaniem w literaturze science-fiction. Być może świeżo nawrócony Miller chciał przedstawić Kościół jako ostoję cywilizacji, jednak na szczęście dla nas nie utknął na mieliźnie jednostronnego spojrzenia.

Moim zdaniem, książka ze wszech miar godna polecenia, nie tylko dla tych, którzy zastanawiają się co będzie dalej.

Joanna Gajek