Joanna Roś: Z wykształcenia jest Pani farmaceutą. Bohaterka Piołunu walczy o swoje miejsce w świecie apteki i leków. Co było i jest fascynującego w tym środowisku? 

Anna Trojanowska: Tajemnica oczywiście. Dawne apteki były miejscem tajemniczym, w którym dokonywano niezrozumiałych dla zwykłych śmiertelników przekształceń i metamorfoz. Aptekarz był mistrzem, posiadającym wiedzę niemal tajemną: znał leki i trucizny, z niepozornych roślin, minerałów, fragmentów ciał zwierząt, mógł wydobyć leczniczą bądź trująca siłę. Miał dostęp do mitycznego ogrodu Hekate, w którym wyrastały trujące rośliny. Tego ogrodu strzegła bogini Artemida, od jej imienia pochodzi łacińska nazwa piołunu Arthemisia.

W książce starałam się odtworzyć atmosferę dziewiętnastowiecznej apteki i laboratorium, w których snuły się różne zapachy, rozlegały charakterystyczne dźwięki, a rozmowy prowadzono przyciszonym głosem. Apteki wyposażano często w piękne meble; najciekawszym, przypominającym nieco relikwiarz, było repozytorium – apteczna szafa, kryjąca w swoich szufladach i szufladkach surowce lecznicze z trzech królestw natury i różnych stron świata. To był skarbiec strzegący swoich zasobów przed zakusami ciekawskich profanów. Żeby z niego skorzystać, trzeba było przejść aptekarską inicjację – praktykę i egzaminy, poznać łacińskie nazwy surowców, symbole i skróty. Bohaterka mojej książki staje przed takim repozytorium i chce poznać jego zawartość.

Jak wyglądała praca nad tą książką? Czy jej bohaterzy są wzorowani na realnych wspomnieniach i osobach? 

Początkowo chciałam opisać historię moich pradziadków (nie mieli nic wspólnego z apteką), szybko jednak z tego zrezygnowałam – zbyt mało o nich wiedziałam. Ale historia  prababki zainspirowała mnie. Ona musiała walczyć z przeciwnościami losu i radzić sobie sama w trudnych chwilach. Niektóre wątki z jej życia: nieciekawe dzieciństwo, przyjazd do Warszawy z jednym kufrem, w którym pomieściła całą swoją wyprawę, a który stoi teraz u mnie w domu, wplotłam do życiorysu bohaterki Piołunu. Fizycznie Lea też jest do niej podobna. Pewną podpowiedzią i inspiracją do napisania tej książki były wspomnienia moich dziadków, to co zapamiętałam z ich opowieści. Żałuję, że nie wyciągnęłam od nich więcej i że nie zanotowałam wszystkiego, co mówili. Postać Józefa zbudowałam wykorzystując życiorysy farmaceutów z tamtego okresu. Czasopisma aptekarskie dostarczyły mi informacji o tym, jakie sprawy były ważne dla ówczesnych aptekarzy. Znalazłam w nich m.in. informacje o aferze z fałszowanymi lekami, którą opisałam w książce. Przeglądałam gazety codzienne, ogłoszenia… Chciałam uchwycić klimat tamtej epoki i wpleść w nią swoją opowieść.

Czy ma Pani coś wspólnego z bohaterami tej powieści, oprócz wspomnianego wcześniej świata aptek i leków? Jeśli tak – co to takiego?

To Warszawa i Stare Miasto, tam mieszkali moi pradziadkowie, tam urodziła się moja babcia i ona wpoiła mi podziw dla tego miejsca. Ona opowiadała mi o swoim dzieciństwie, szkole i szkolnych przedstawieniach, zapachach tamtych miejsc, o kościołach, kinie, cukierni, ulicznych sprzedawcach mandarynek i orzeszków ziemnych. Stare Miasto z jej opowieści stało się dla mnie miejscem ważnym, niemal początkiem świata, od którego wszystko się zaczęło i do którego co i raz powracam.

Mam też trochę wspólnego z główną bohaterką – Lea, tak jak ja, lubi przyrodę, las, łąkę, ogród, tam czuje się wolna, może odetchnąć pełną piersią, ukoić smutki. Pewnie takich podobieństw jest więcej, niektóre były zamierzone inne przemycone nieświadomie.    


Pisała Pani Piołun na zapomnienie z myślą o tym, aby książka ta zachęciła czytelników do poznawania historii kobiet w Polsce?

Nie, nie myślałam w ten sposób. Chciałam, żeby w książce było trochę prawdziwych problemów, które były ważne wówczas dla opisywanego przez mnie środowiska, a jednym z nich było zatrudnianie kobiet. W XIX i w początkach XX wieku w aptekach pracowali przede wszystkim mężczyźni, kobiety z trudem torowały sobie drogę do zawodu. Później, zwłaszcza po II wojnie światowej, sytuacja zmieniła się o 180 stopni, nastąpiła feminizacja farmacji. Argumenty przeciwników dopuszczenia kobiet do pracy w aptekach straciły na znaczeniu. 

Ale Piołun to głównie historia młodej kobiety, która w nowym otoczeniu chce odnaleźć swoje miejsce, chce być przydatna, nie potrafi siedzieć z założonymi rękami. Jest przekonana, że w życiu trzeba liczyć na własne siły, bo różnie to bywa. Nie jest zafascynowana ideą emancypacji, to sytuacja zmusza ją do tego, że łamie stare zasady i trafia w wir „wojny damsko-męskiej”. I jest też druga strona medalu, myślę, że i mężczyznom nie było wygodnie w sztywnych regułach gry. Narzucono im określone role, wpojono męskie widzenie świata i zasady zachowania, i z takim obciążeniem trudno im było zaakceptować zmiany. Chciałam pokazać i ten aspekt, chociaż więcej uwagi poświęcam kobietom.


Józef, mąż Lei, powątpiewał w siłę leczniczych ziół, z której dobrze zdawała sobie sprawę Pani bohaterka. Do jakiego stopnia obecnie medycyna z nich korzysta? Umiejętność posługiwania się przez lekarzy produktami leczniczymi roślinnymi jest teraz wyższa niż w czasach opisanych w powieści?

Józef przede wszystkim wątpił w babską wiedzę leczniczą, w wiedzę niepisaną, przekazywaną z pokolenia na pokolenie, nasiąkniętą wierzeniami, okraszoną zamawianiem i modlitwą, według której wyzdrowieć, to nie tylko doprowadzić ciało do porządku, ale i usunąć złe oddziaływania, które wywołały chorobę, żyć w zgodzie z naturą, płynąć z jej nurtem, a nie pod prąd. Józef tak tego nie postrzegał, był przeświadczony, że o lekach i surowcach leczniczych wie wszystko, co trzeba – zna ich działające składniki, potrafi je oznaczyć, odmierzyć, wyekstrahować.

W XIX wieku nastąpiło przejście z leków ziołowych do chemicznych. Ideałem leku stała się wyciągnięta z surowca substancja czynna albo lek chemiczny, łatwy w przygotowaniu, dawkowaniu, szybki w działaniu i niemal niezawodny. Zioła uznano za mniej skuteczne, wolniej działające, niepewne (zawartość związków czynnych zależy od wielu czynników), zeszły więc na drugi a może i trzeci plan. Oczywiście upraszczam, ale leki chemiczne, wytwarzane już nie w aptekach, a w wytwórniach chemicznych, zyskiwały coraz większe znaczenie, dlatego odchodzono od ziół. I Józef właśnie tak na to patrzył.

O roślinach leczniczych wiemy znacznie więcej niż sto lat temu, zostały rozpracowane na wszelkie możliwe sposoby, rozłożone na czynniki pierwsze, wyciągnięto z nich lecznicze kwintesencje, określono dawki, uboczne działania…, ale przy dążeniu do perfekcji można coś przeoczyć, zagubić. I tak stało się z niektórymi roślinami stosowanymi kiedyś w lecznictwie. Wypadły z gry, niektóre są na nowo odkrywane, inne czekają na swój czas. Lecznictwo oficjalne nie zwraca również uwagi na zapachy, którym kiedyś przypisywano działania lecznicze. Myślę jednak, że najważniejszym „przeoczeniem”, tym co zgubiono z dawnej wiedzy leczniczej, jest podejście „babki zielarki” – wizja człowieka i otaczającej przyrody, jej praw, odradzania się i przemijania, od której medycyna oficjalna jest daleko.


Proszę nam opowiedzieć, jak udało się Pani dokonać niezwykłego przejścia „od farmaceuty do autora”.

Nie wiem, czy to jest przejście niezwykłe. Na pewno nie było ono gwałtowne ani bezpośrednie. Po drodze były etnologia i antropologia kulturowa, i dużo przeczytanych książek. Podejrzewam, że gdyby nie te drugie studia, z pisania niewiele by mi wyszło. Pozostałbym w „fazie szuflady”. Język farmacji jest ścisły, hermetyczny, opisy doświadczeń przypominają instrukcję obsługi, do tego dochodzą wzory chemiczne, tabele, wykresy, wyliczenia. Wyobraźnia i fantazja nie jest w tym dobrze widziana. Kończąc farmację, przyswoiłam sobie ten zawodowy język i jego kod, przez który w jakimś stopniu patrzyłam na świat. A kiedy już mnie to mocno znudziło, zaczęłam drugie studia, które dały mi nowe możliwości, uprawomocniły zastanawianie się nad sprawami na pozór błahymi, które składają się na codzienność, tworzą jej koloryt, atmosferę, historię. Żeby opisać, odtworzyć rzeczywistość inną niż chemiczne doświadczenia, musiałam przerobić swój sposób pisania, sięgnąć po inne słowa. I nad tym ciągle staram się pracować, czytam i zastanawiam się, jak piszą inni. Do pisania potrzebne są też samodyscyplina i systematyczność, które pomagają przetrwać różne kryzysy. I tu farmacja dała mi odpowiedni trening.

Apteka nigdy nie była uważana za idealne miejsce pracy dla artystów, ale może czas na zmianę naszego rozumienia roli farmaceutów?

Tak jak wspomniałam, farmacja narzuca pewien sposób patrzenia na świat, ścisły, „obrachowany”, daleki od swobodnych artystycznych wizji. Ale w każdym zawodzie można być twórczym i kreatywnym. Dla aptekarstwa złotym wiekiem był okres od połowy XVIII do połowy XIX wieku. Wtedy aptekarze mieli prawdziwe pole do popisu, prowadzili badania w różnych kierunkach, z roślin leczniczych wyodrębnili substancje czynne, w laboratoriach przyaptecznych rozwinęli produkcję preparatów chemicznych. Potem było nieco gorzej, powoli aptekarz stawał się kupcem, na dodatek ograniczonym mnóstwem drobiazgowych przepisów i wymogów. To nie był raj dla artystycznej duszy, niektórzy uciekali więc od zawodu albo wybierali bardziej twórcze kierunki – tworzyli nowe specyfiki, formy leków, doskonalili procesy technologiczne, metody badań, itd. Inni mieli zdecydowanie artystyczne pasje, najczęściej pozostawały one zajęciem dodatkowym, hobby, czasem jednak stawało się ono nową profesją. Od farmacji zaczynał np. Henryk Ibsen, Johan Wolfgang Goethe, a z polskich twórców Wacław Gąsiorowski. Wydaje mi się, że zawsze jest możliwość przejawienia twórczych potrzeb, niezależnie od tego, czy ma się do zaoferowania lek czy opowieść, która może być lekiem na nudę.

Inspirują Panią inni naukowcy obdarzeni artystycznym talentem?

Nie. Nie robiłam takiego podziału. Inspirują mnie artyści niezależnie od tego, jakie mają wykształcenie i zawód, choć to do pewnego stopnia kształtuje ich spojrzenie na świat i daje doświadczenia. Interesujące są dla mnie wypowiedzi artystów, którzy opowiadają o swojej pracy, podejściu do tworzenia, ujawniają, co jest dla nich ważne, co chcą przekazać i czym się inspirują. Inspirujące są obrazy (przy pisaniu Piołunu to były obrazy Aleksandra Gierymskiego), książki oczywiście też, niekoniecznie klasyka. Lubię kryminały i w nich znajduję ciekawe spojrzenia na codzienność, a kiedy czytam notki biograficzne autorów, często okazuje się, że pracowali na uczelni, mieli jakiś akademicki epizod. Więc może coś w tym jest. Sądzę, że artysta, tak jak i naukowiec, powinien wyjść poza schematy, sięgnąć w rejony nieoswojone, luki dla których trudno znaleźć odpowiednie słowa i definicje. Dla artystów inspiracją może stać się ulica, mowa potoczna, moda, zjawiska kulturowe „z niższej półki”, które nie będą nawet dostrzeżone i sklasyfikowane przez naukowców.

Pozostańmy jeszcze chwilę przy ulicach… Jakie miejsca odwiedziłaby Pani, gdyby mogła przenieść się na jedno popołudnie do Warszawy z 1895 roku? 

Pewnie powinnam odpowiedzieć, że aptekę, ale nie, to nie byłby pierwszy punkt na mojej liście. Gdyby to był ranek, najchętniej wybrałabym się na Rynek Starego Miasta, żeby zobaczyć targ. Ale do dyspozycji mam popołudnie, więc szukałabym innych miejsc, w których wre jak w kociołku, gdzie spotykają się ludzie z różnych stron, środowisk, nacji, gdzie można usłyszeć słowa grzeczne, przechwałki, kłótnie, przekleństwa, gdzie mieszają się zapachy i kolory. Zamiast targu wybrałabym do sądu. Może udałoby mi się wślizgnąć na jakąś rozprawę, posłuchać, o czym i jak ludzie mówią, jak „się przysięgają” i zarzekają, jak kłamią. Dworzec kolejowy też mógłby być ciekawy do obserwacji. Potem zajrzałabym do jakiejś kawiarni czy cukierni, chyba tej przy Miodowej, tam spróbowałabym kawy i skusiłabym się na rogalik z konfiturą. Z ciekawością wstąpiłabym do gorseciarni, żeby zobaczyć gorsety z bliska i wypytać o różne sekretne sprawy. Mogłabym się pokręcić po ulicach, popatrzeć na ludzi, na ich stroje, miny, gesty, zobaczyć jak się poruszają, dokąd idą, podsłuchać, o czym mówią. Sprawdziłabym, co sprzedają uliczni przekupnie. A na koniec poszłabym do apteki Józefa i poprosiła o jakiś środek na zmęczenie i plastry na obtarte stopy.

Bardzo dziękuję za inspirującą rozmowę.

Joanna Roś