Skłamałabym mówiąc, że pierwszy raz Słowenię spotkałam na stronach książek Stasiuka. Moja miłość do kraju o kształcie kurczaka zrodziła się niecałe dziesięć lat temu, kiedy w drodze na południe obudziłam się mając przed sobą najpiękniejszy widok, jaki do tamtego momentu w moim trzynastoletnim życiu widziałam. Z tarasu gościńca, w którym zatrzymaliśmy się tylko na kilka godzin snu rozpościerał się widok na wzgórza pokryte winoroślą, wyrastające w dolinie niewielkie miasteczko i jezioro pokryte watą z porannej mgły. Był początek września, całe otoczenie sprawiało wrażenie dojrzałego w mocnym południowym słońcu, jakby czekało już na chwilę wytchnienia nadchodzącą z pierwszym dniem jesieni. I wtedy po raz pierwszy poczułam jak moje serce zaczyna mocniej bić.

Zakochałam się.

O Słowenii mówiłam na tyle dużo, że mój późniejszy chłopak przy pierwszej lepszej okazji kupił mi przewodnik po państwie-kurczaku. Jako szesnastolatka wędrowałam po literach prowadzących mnie w najbardziej znane zakątki Słowenii, wiedziałam o tym państwie dużo, ale wciąż niewiele; nie wiedziałam jacy są Słoweńcy, jak wygląda przeciętna słoweńska wieś i co się je w niedzielę na rodzinnym obiedzie – nie wiedziałam jak wygląda struktura państwa od jego środka. „Dobrze jest przyjechać do kraju, o którym prawie nic się nie wie.” – przeczytam później.

Gdy jeszcze trochę podrosłam zaczęłam bardziej zgłębiać Słowenię; odkryłam książki Stasiuka – na początku było Jadąc do Babadag, potem Grochów. Chwilę później do mojego życia wkroczył Słoweniec, który jeszcze bardziej umocnił pozycję Słowenii w moim sercu.

I tak, krok po kroku, poznawałam zachodnią część byłej Jugosławii. Poznałam słoweńskich cyganów, których osady chowają się w górach przy węgierskiej granicy. W Lublanie nie raz przygarnięta zostałam w akademikach w Rožnej dolinie, dotarłam też do Piranu, gdzie z butelką słodkiego Teranu wieczorami rozmawialiśmy godzinami pod kościołem św. Jurija. Nieświadomie, życie prowadziło mnie (już nie pierwszy raz) śladami Andrzeja Stasiuka i choć nasze drogi często się pokrywały, moja Słowenia stała się bardziej rozbudowana poprzez setki bocznych ścieżek, na które niejednokrotnie wchodziłam.

Jadąc do Babadag to nie sama Słowenia, to cała Jugosławia. To podróż po zmysłach; zapachy ulic, kolory atakujące swoją głębią na każdym kroku, smaki, tekstury, dobiegające uszu dźwięki, aż w końcu ludzie.

Nadmorski Piran, moje pierwsze książkowe zetknięcie się z państwem, w którym nie spędziłam nawet doby. Wszędobylskie koty, zapach przygotowywanego obiadu unoszący się w wąskich uliczkach pomiędzy domami z czerwonymi dachami, południowe słońce stopniowo ogrzewające poranny cień.

Piran, koniec kwietnia, moje pierwsze spotkanie twarzą w twarz z czterdziestosześciokilometrowym wybrzeżem Słowenii. Jest wczesny ranek, przez Tartinijev Trg śpiesznym krokiem przechodzi kilka osób, kawiarnie się otwierają, a kelnerki przecierają mokre od rosy stoliki. Słońce nieśmiało wkracza na plac. Słyszę wprawiane w ruch maszyny do kawy i samochody czyszczące ulice. Miasto się budzi wraz z zapachem kawy, który stopniowo dociera we wszystkie zaułki wąskich uliczek. Siadam w kawiarni z widokiem na port i przyglądam się przechodniom. Zagaduje mnie siedzący obok starszy mężczyzna, pyta skąd jestem, mówi coś o Słowenii i Chorwatach, aż w końcu zaczyna opowiadać o Jugosławii i wojnie, zupełnie jakby wiedział o czym dopiero co czytałam.

Wojna dziesięciodniowa, oto co sprowadza Stasiuka na Słowenię. Pierwsza wojna zbrojna w Europie od czasu zakończenia Drugiej Wojny Światowej, wojna początkująca rozpad słabnącej od śmierci Tito Jugosławii.

27 czerwca 1991 roku Słowenia ogłasza niepodległość. W przeciągu dziesięciu dni ginie sześćdziesięciu trzech żołnierzy, na ulicach cywile hamują wojska jugosłowiańskie, a matki z dziećmi chowają się w piwnicach, jak później powie mi mój słoweński znajomy. Słowenia wygrywa niepodległość dzięki swojej jedności etnicznej, Słoweńcy bowiem zawsze odróżniali się od reszty narodów bałkańskich – wychowani przez Habsburgów, od stuleci są najbardziej rozwiniętym krańcem byłej Jugosławii; w genach mają porządek, a jako ludzie są bezinteresowni i z natury dobrzy (chociażby w przeciwieństwie do sąsiadujących z nimi Chorwatów). W ich krwi płynie radość.

Mężczyzna uśmiecha się i kończy opowieść dodając na koniec, zupełnie bez kontekstu, że podczas Drugiej Wojny Światowej pomagał Polakom pod Przemyślem. Wstaje życząc mi miłego dnia i spokojnym krokiem rusza w kierunku latarni morskiej.

Jadąc do Babadag Stasiuk wjeżdża na Słowenię od strony Prekmurja przekraczając przejście graniczne, którego jeszcze nigdy nie przekraczałam. W Grochowie prześpi się w Rožnej Dolinie, podczas gdy ja moje życie w Lublanie zacznę od Šiški. W zimie pójdę kilka razy na oświetlone lampionami lodowisko na Kongresni Trg-u i przez godzinę będę jeździć dookoła spoglądając na wiszące na drzewach podświetlone damy. Na rozgrzanie wypiję kubek ciepłego wina, a potem przejdę się na Ribji Trg, gdzie pomyślę o Stasiuku, który kilka lat temu postanowił zatrzymać się tutaj na małe piwo i kanapkę. I tak będą mi mijać dni w najbardziej zielonym państwie Europy.

Joanna Broniewska

Fot. przedstawia panoramę miasta Piran, autor: Dudva (źródło).