Bardzo lubimy rozmowy o książkach, zwłaszcza jeśli nasz rozmówca ciekawie opowiada i jest pozytywnie nastawiony do świata 🙂 Pierwszą część można przeczytać tutaj, a oto druga część wywiadu:

Wiktor Loga-Skarczewski: Szekspir, “Sen nocy letniej”, musiała się tutaj znaleźć ta klasyka. Pierwszy spektakl, który zrealizowaliśmy wspólnie ze znajomymi w ramach działalności naszego licealnego teatrzyku, zorganizowaliśmy profesjonalny występ w krakowskim Solvayu. Wtedy tak naprawdę zapaliłem się do tego, co robię teraz.

“Król Lear” też nie do pominięcia. Byliśmy na III roku studiów, pracowaliśmy z Pawłem Miśkiewiczem nad scenami z Szekspira, które łączyliśmy z fragmentami sztuk Becketta. Była to dla nas rzecz absolutnie wyjątkowa, na tyle przełomowa, że spodziewaliśmy się, że na tej podstawie zrobimy spektakl dyplomowy. Niestety nie doszło to do skutku i to chyba jedyna rzecz z mojej krótkiej kariery, której nie mogę odżałować.

“Cholonek, czyli dobry Pan Bóg z gliny” Janoscha. Wspaniała literatura, opisująca prawdziwych Ślązaków. A że urodziłech się w Katowicach i cołka moja familia pochodzi ze Ślunska, to teroz lubia wracoć tam nazot i godeć po “naszemu” . A jak nie moga sie karnońć w te strony to zakładom bryle i czytom Janoscha. Jego powieść jest w pewnym sensie autobiograficzna. W krzywym zwierciadle opisuje wszystkie plusy i minusy śląskiej mniejszości. Myślę, że każdy kto przeczyta “Cholonka”, będzie w stanie lepiej zrozumieć dlaczego Ślązacy tak bardzo walczą o swoją autonomię. Ich tradycja, otwartość na innych ludzi, ciepło, jest zjawiskowa, a w książce dodatkowo opisana z niesamowitym poczuciem humoru, które porównałbym do czeskiego. Zanim zaczniemy jednak cudze chwalić, poznajmy lepiej swoje! Najpierw przeczytajmy Janoscha, a dopiero potem biegnijmy do kina na nowego Zelenkę.

A propos Zelenki… “Opowieści o zwyczajnym szaleństwie”. Mało osób wie, że autor najpierw napisał sztukę teatralną, a dopiero potem na jej podstawie nakręcił film. W Polsce powstało wiele realizacji teatralnych, np. w Teatrze Nowym w Krakowie, również w Warszawie. Czesi mają swoje niesamowite, abstrakcyjne poczucie humoru. Przede wszystkim z tego powodu wymieniłem ten tytuł. Wystarczy zresztą zobaczyć na You Tube znaną piosenkę “Jožin z bažin”, i wszyscy od razu wiemy, o co chodzi.

Bułhakow, “Mistrz i Małgorzata”. To chyba jedyna lektura szkolna, którą przeczytałem z ogromną przyjemnością. Pierwszy raz spotkałem się z takim sposobem opowiadania i dwutorową narracją. Może chodziło też o świetne tłumaczenie, które było bardzo przystępne. Mało jest takich książek, o których wiedziałem już w trakcie lektury, że na pewno będę do nich wracał. Ta do takich należy. Ostatnio dostałem w prezencie wersję bez cenzury. To dodaje tej powieści dodatkowy smaczek.

Alicja Sikora: I tu jest w końcu diabeł, którego nie trzeba się już bać.

WLS: Faktycznie. (śmiech) Masłowska. Wybrałem “Pawia królowej”. Znowu z sentymentu zawodowego. Dla mnie to bardzo istotna pozycja. Wcześniej nie umiałem się zmusić do lektury jej książek, a tym razem ze względu na pracę, musiałem to zrobić. Dopiero po czasie doceniłem jej poczucie humoru, zmysł obserwacji i zabawy językiem. W pracy nad przedstawieniem wyłowiliśmy z “Pawia…” dużo smaczków, ale również niezwykle bolesnych kontekstów dotyczących naszej rzeczywistości i ogólnego “zdebilnienia” społeczeństwa. Nazwaliśmy ten tekst współczesnym poematem dygresyjnym. Cały aż kipi muzycznością, jest bardzo zrytmizowany i nasuwa skojarzenia z “Beniowskim” czy z innymi poematami romantycznymi.

Po pracy nad “Pawiem…” sięgnąłem po najnowszą książkę Masłowskiej, którą napisała pod okiem najsroższego cenzora – własnej córki, której podsuwała nowe rozdziały do oceny. Tak powstało: “Jak zostałam wiedźmą”. Książka jest uniwersalna tak jak polski dubbing w “Shreku”, bo i dzieci i dorośli znajdą tam coś dla siebie.

Wiecie, co tu jeszcze mam? “Balladynę”. (śmiech) Pamiętam jak polonistka w szóstej czy siódmej klasie podstawówki, złożyła mi propozycję, czy może nie zagrałbym w szkolnym spektaklu. Będę miał tam wspaniałą rolę – zagram Kirkora. Myślę sobie: “Wow, brzmi jak jakiś superbohater z komiksu, muszę się z tym zapoznać!” Wtedy po raz pierwszy zetknąłem się z “Balladyną”. Od tamtego czasu nie miałem jednak odwagi wrócić do tego tytułu.

Cortázar, “Opowiadania”. W tym wypadku zetknąłem się z literaturą kompletnie nie z naszego kręgu kulturowego, która zaczarowała mnie swoim realizmem magicznym. Był czas kiedy planowaliśmy ze znajomymi zrobić spektakl na ich podstawie. Jak na razie nie doszedł on do skutku, ale jako temat krąży cały czas za nami i mam nadzieję, że jeszcze uda nam się go zrealizować.

Jako miłośnik gatunku, wymienię też “Fioletową krowę” – antologię angielskiej i amerykańskiej poezji niepoważnej, która dotyka różnych tematów – od spraw codziennych jak wiązanie butów po tematy egzystencjalne. Gorąco polecam. Czytając jeden/dwa wiersze codziennie, do kawy, mamy zagodspodarowany cały rok. Niektóre są krótkie, inne dłuższe, ale zawsze pełne treści. Mój ulubiony dotyczy pewnych damskich atrybutów i ma tytuł “Piersi”:

Między nami
Coś jest

Im dalej zapuścimy się w ten świat, tym lepiej zrozumiemy anglosaski humor rodem z Monty Pythona. W dodatku mamy tu do czynienia z mistrzowskim tłumaczeniem Stanisława Barańczaka.

Czas na współczesną dramaturgię: “Kowboj Parówka”, Mateusz Pakuła (który popełnił adaptację “Pawia królowej”, pisze i wydaje własne, nagradzane sztuki). Stworzył ten tekst wraz ze swoim młodszym bratem. Jego akcja osadzona jest w mocno krakowskich realiach, a bohaterem jest…

JS: Kiełbaska z niebieskiej Nyski?

WLS: No, mniej więcej. (śmiech) Mateusz ma wybitną umiejętnością przetwarzania rzeczywistości, tak jak Masłowska, ale robi to w swoim niepowtarzalnym stylu, z ogromną dozą humoru i dystansu. Książka opisuje mistrza kukiełek, który występuje na Rynku i animuje Michaela Jacksona i Tinę Turner. Ciężko w tym wypadku streścić fabułę, ale na pewno warto ten tekst przeczytać.

Leśmian jako poeta i autor dramatów. Mój ulubiony to “Zdziczenie Obyczajów Pośmiertnych”. Nie znam drugiego poety, który uskuteczniałby tak osobliwe nazewnictwo świata. To nie jest Bukowski, którego czytasz i czujesz jakbyś uderzyła głową o płytę chodnikową. Poezja Leśmiana niesie ze sobą niesamowitą delikatność, subtelność, balansuje między jawą a snem. Nie wiadomo, czy to bajka, legenda, realna historia. Jego poezja wprowadza w stan umysłu, rodem z tych poranków, kiedy człowiekowi nie chce się wstawać, bo śni mu się coś tak wspaniałego, że musi za wszelką cenę “dośnić historię do końca”.

Polecam również “Sztukę kochania” Owidiusza. Pracowałem nad tym tekstem ze studentami. Okazało się, że mimo upływu lat, nie zestarzał się on ani trochę. To niesamowite! Są tam spisane wskazówki dla pań i panów, niczym nie różniące się od tych pochodzących z dzisiejszych, rozlicznych poradników, np. by mężczyzna nie wychodził na randkę niedomytym, od czasu do czasu przemył stopy między palcami, nie stosował zbyt dużej ilości pomady do włosów, a kobieta nigdy nie zjawiała się na spotkanie przed umówioną porą, częściej prezentowała się na siedząco jeśli jest niewysoka i by po skończonym posiłku, nie wylizywała talerzy, etc. Cała masa praktycznych instrukcji, które z powodzeniem mogą się sprawdzić również dzisiaj! (śmiech)

Teraz obrót o 180 stopni: Tadeusz Borowski, “Wybór opowiadań”. To taka książkowa “Lista Schindlera”, zawierająca naprawdę dramatyczne historie. Zastanawiam się, czemu w połowie nie odłożyłem tej książki.

Przeskakując w zupełnie inne rejony, wymieniłbym również antologię poezji frywolnej pt. “Sekscytacje”. Jest to zbiór utworów z gatunku “fiutka i kuciapki”, napisanych lub tłumaczonych przez najwybitniejszych polskich poetów. Niektorych nawet byśmy nie podejrzewali o tak pieprzną tworczość!

Kolejny na liście jest Zbigniew Herbert. “Wiersze wybrane”. Pamiętam, że w szkole teatralnej, poświęciliśmy temu poecie sporo czasu… Jednemu koledze przydzielono wiersz “Pięciu”, który niósł ze soba kontekst traumy powojennej, zapisanej w zaowalowanych, enigmatycznych i oszczędnych słowach. Trwa próba zbiorowa. Panuje wielka powaga. Wszyscy siedzą na krzesełkach, każdy wstaje, mówi wiersz i siada. Reszta przysłuchuje się w milczeniu. W końcu, zmęczeni po wielu godzinach próby, dochodzimy do momentu, w którym kolega ma zaprezentować przydzielony mu utwór. Zbiera się w sobie, wstaje i zaczyna wzniośle: “Pięciu”… A my słyszymy z rogu sali innego kolegę, który dorzuca dla rozładowania sytuacji: “zięciu!”. (Udało się nakłóć balonik niepotrzebnego “nasadzania się”). Ale niezrażony protagonista omiótł wszystkich wzrokiem i próbuje dalej: “Pięciu”… Tym razem w tle usłyszeliśmy: “na pięciu napadło dziesięciu!”. Nie przypomnę sobie jak długo trwała ta wymiana. Wiem tylko, że zmagania z poezją Herberta do łatwych nie należały. (śmiech)

I na koniec, “wisieńka na torcie” – “Życie przed sobą”, Romain Gary. To chyba najpiękniejsza historia jaką przeczytalem w dorosłym życiu. Osierocony chłopiec zostaje wzięty pod opiekę przez starą, żydowską kurwę, prowadzącą burdel. Kiedy opiekunka umiera, chłopiec nie potrafiąc się z nią rozstać, postanawia ukryć ten fakt. Barykaduje się w mieszkaniu i nie przyjmuje żadnych gości. Codziennie robi opiekunce makijaż i ubiera ją. Kiedy jednak ciało zaczyna się rozkładać, znosi je do piwnicy. Wylewa na nią litry perfum, by zabić przykre zapachy, maluje farbami. Nie pamiętam samego finału tej historii, ale może to i lepiej – nie popsuję nikomu lektury. Nie wiem, czy to dobrze o mnie świadczy kiedy mówię o takiej historii, że jest moją ukochaną, (śmiech) ale po tym jak podsunął mi ją kolega, a następnie skorzystaliśmy z niej jako materiału, przy jednym z naszych studenckich egzaminów, wiem ,że na pewno zapamiętam ją na długo.

Podsumowując… Tak to wygląda w moim przypadku – od sierotki Marysi po Romaina Gary! Mógłbym wymienić jeszcze wiele innych tytułów. Aktualnie podczytuję “Aktorstwo polskie. Generacje”, publikacje Keith’a Johnstona, odświeżam sobie Gombrowicza i próbuję przebrnąć przez “Moją walkę”. Interesuje mnie różne rzeczy, a każda jest z innej bajki.

JS: Tak dużo książek, a tak mało czasu!

WLS: Mam wrażenie, że ta lista “rzeczy do przeczytania” nieustająco się rozrasta. Ostatnio rozmiłowałem się też w reportażach…

JS: Jakiś czas temu dorwałam dwutomową antologię Wydawnictwa Czarne, a najchętniej wykupiłabym wszystkie książki z ich oferty.

WLS: Tak, oni mają bardzo ciekawe publikacje, z wieloma z nich udało mi się zapoznać w czasie radiowego cyklu “Tego lata obowiązuje Czarne”. Przez całe wakacje czytaliśmy, razem z Anną Radwan, obszerne ich fragmenty na antenie Radia Kraków. Były tam teksty m.in. Hugo-Badera, Vargi, Smoleńskiego, Szabłowskiego, z różnych stron świata. Dopiero po tym doświadczeniu doceniłem naprawdę pióro tych autorów.

No i co miesiąc kupuję jeszcze Playboya. Oczywiście dla wywiadów. W końcu trzeba czasami poczytać też coś poważnego, nie tylko Czechowa i Bułhakowa! (śmiech)

AS: My też. Bułhakow to tylko ściema! Dziękujemy za rozmowę 🙂