Naszym zdaniem

Kompendium brytyjskiej kontestacji dla hippisów, punków i innych, noszących "żałobę po swoim życiu".

8
Styl i język
7
Treść i fabuła
8
Okładka
6
Zapach

„Posłuchaj mojej historii. Mam dwie bajki do opowiedzenia. Jedną o upadłej chwale. Jedną o próżności” – śpiewała, zaledwie rok młodsza od Jenny Diski, Patti Smith, w utworze „1959”. Diski postanowiła zwrócić się do świata tymi samymi słowami, pisząc swoje „Lata sześćdziesiąte”.

O istnieniu jazzu dowiedziałam się w domu, o bitnikach wyczytałam gdzieś w książce w liceum, o brytyjskiej kulturze cool nie miałam pojęcia, chociaż jak Jenny Diski, i jazz i bitników doprawiałam egzystencjalizmem Sartre’a i powieściami Camusa. Niestety nie pamiętam, aby jakiś przedstawiciel z podejrzanego środowiska uświadamiał mi, jakie książki powinien znać każdy szanujący się kandydat na egzystencjalistę-bitnika, co spotkało Diski. Szkoda, chętniej wcześniej sięgnęłabym po „Mdłości”, niż dopiero na studiach. Pamiętam jednak, jak także znosiłam wielkie drewniane lustro z korytarza do swojego pokoju, a potem przebierałam się w różne koronki i obroże z ćwiekami. W autobusie wyciągałam z „kostki” płyty CD, na które oczywiście było najłatwiej trafić w szkolnym plecaku, jeśli lusterko gdzieś mi się zapodziało między książkami, a musiałam się upewnić, czy żaden włos nie odstaje w złą stronę. Dlatego z wielkim zaciekawieniem i nawet sentymentem, chociaż lata 60. ledwie pamiętają moi rodzice, czytałam o czarnych sukienkach z krepy, żałobnych gorsetach i płaskich butach z lakierowanej skóry, które i wtedy wkładało się po to, aby całe miasto wiedziało, że nosi się „żałobę po swoim życiu”. Przytakiwałam Diski, kiedy wspominała, jak to na lodowisku spotkała nastolatkę, której melodramatyczność stroju i egzystencjalistyczne znużenie głosu sprawiło, że okazała się być najbardziej czarującą, najbardziej tajemniczą i olśniewającą istotą, jaką kiedykolwiek widziała. Razem z koleżankami wypatrywałam takich olśniewających, czarnych bogini, i możliwe, że młodsze ode mnie dziewczyny z mojej wioski wypatrywały później mnie, aby zamyślić się nad moją czarną siatką na włosach albo czarnymi rękawiczkami w środku upalnego lata…

Piszę odrobinę z przymrużeniem oka, nie chciałabym, aby ktoś zrozumiał, że wagi „Lat sześćdziesiątych” upatruję w wadze szafy bohaterki. Ta książka to prawdziwe kompendium umysłowości tamtej epoki, szansa przyjrzenia się kontestacji z perspektywy brytyjskiej. Ale dla mnie jej lektura okazała się także przyczynkiem do bliższych geograficznie rozważań – „Lata sześćdziesiąte”, moim zdaniem, podsuwają mądre spojrzenie na okres dojrzewania. Gdy młody człowiek ma wejść w przygotowany dla niego świat, „potrafi dostrzec go jakby w laserowym błysku, w czystym promieniu światła, rozjaśniającym półmroczny krajobraz”. Dlatego dzieci przybierają ten swój szelmowski, litościwie pogardliwy uśmiech i nawet nie próbują się sprzeczać ze „starymi”, bo wiedzą, że oni i tak zrozumieją, o co im chodzi, więc po co się męczyć. Tego, co widzą młodzi, nie widziała przed nimi jeszcze żadna osoba na świecie. To prawda, która powtarza się z każdym pokoleniem. Może kiedyś sama będę się irytować, patrząc na swoje dzieci z tym przebiegłym uśmieszkiem, i mówić do nich: „To nie fair! Ja chyba też uśmiechałam się w taki sam sposób! Dlaczego mi nie wierzycie?!” Ta niezwykła, ale i przerażająca jasność widzenia nie jest potrzebna wszystkim, ale pojawia się wśród młodych w każdym pokoleniu, a ci, którzy nią władają, to właśnie ów kłopotliwa młodzież, przeklinana od wieków.

A więc z jednej strony w „Latach sześćdziesiątych” spadają zasłony mitów o magicznej dekadzie – za nimi ukrywa się presja wyluzowania i ambiwalencji, jaka wiązała się często z wolną miłością, zarzut o konsumpcyjny charakter lat sześćdziesiątych, wolnościowe postulaty kontrkultury na kolanach u „paczki” Margaret Thatcher. Z drugiej strony książka niesie pouczające, codzienne doświadczenie.

„Lata sześćdziesiąte” są pełne inspirującej autoironii, dlatego nie zgadzam się z krytykiem Maciejem Boenischem, i widzę ją tam, gdzie on upatruje nostalgicznych samozachwytów i kompulsywnej hagiografii. „Tak naprawdę jedyną rzeczą absolutnie pewną jest to, że w naszych czasach była lepsza muzyka” – cóż z tego, że aż dwukrotnie powtarza to Diski, skoro celem jej książki wcale nie jest dyskusja nad przewagą rocka angielskiego nad amerykańskim, The Animals nad Led Zeppelin i tak dalej. W książce miesza się refleksja badacza historii idei z monologiem kobiety mimo wszystko tęskniącej za latami młodości, i momentów, do których można by się doczepić za ich „sentymentalną emocjonalność”, jest wiele – nie uważam, aby muzyka była tym jednym jedynym przewinieniem. Autorka nie ukrywa się z tym, że „Lata sześćdziesiąte” są jej latami sześćdziesiątymi – zdystansowanymi, ale przecież wciąż osobistymi. Kochać muzykę swojej młodości ponad wszystko – i cóż w tym taniego?

„Lata sześćdziesiąte” to jedna z tych książek, po lekturze których moja głowa i mój notatnik wypełnione są dziesiątkami nowych nazwisk poetów („Christopher Logue’a – sprawdzić!”) polityków, zespołów muzycznych („Red bird, mieszanka nowoczesnego jazzu i poezji – posłuchać!”), a także dziesiątkami refleksji, nie odkrywających niczego nowego, ale przypominających to wyjątkowe uczucie, towarzyszące pierwszemu odkryciu. Że utwór „Echoes” Pink Floydów dotyka tego samego punktu we mnie, co w młodych Anglikach trzydzieści lat temu, że może rzeczywiście po każdym wielkim kroku w stronę wolności, następuje krok w tył, w co wierzy Jeffrey Friedman, jeden z autorów filmu „Skowyt” o bitniku Allenie Ginsbergu, że taka może być dynamika buntu, jej specyficzna fala, która jednych niesie daleko, a innych bezpowrotnie zatapia…

Ponadto, po lekturze „Lat sześćdziesiątych” przyszło do mnie pytanie: czy zrezygnowanie z edukacji lub pracy, zdecydowanie się na zupełnie odbiegający od normy wygląd i wyruszenie na włóczęgę życia w rytmie beatu było w PRL-u lat 60. pomysłem możliwym do zrealizowania? Sięgając po „Lata sześćdziesiąte” warto pamiętać, że polscy hipisi niedawno doczekali się monografii – mam tu na myśli książkę Bogusława Tracza „Hipisi w Polsce w latach 1967–1975”, że elegię dla nich wydał także Kamil Sipowicz, a Wydawnictwo Kultura Gniewu kontynuuje upamiętnianie ważnych zjawisk dla naszej krajowej kontrkultury.

Joanna Roś