Naszym zdaniem

Takie piękne miasto, takie ciekawe historie, taka… nudna książka.

5
Styl i język
6
Treść i fabuła
7
Okładka
7
Zapach

Legendy, legendy, któż ich nie lubi? Nawet ci, którzy twardo stąpają po ziemi, lubią od czasu do czas magiczne smaczki. Jak mówią, w każdej legendzie jest ziarnko prawdy. A ile prawdy jest w tym, że „Legendy gdańskie” Jerzego Sampa to lektura obowiązkowa?

Niestety, „Legendy gdańskie” nie porwały mnie właściwie nawet na minutę, żadna z opowieści nie zauroczyła mnie, nie odpoczęłam przy lekturze. Wręcz przeciwnie. Bardzo chciałam czerpać radość z legend na temat miasta, które jest przecież jednym z najstarszych Polskich miast, a co za tym idzie – ma bogatą historię i niemniej bogatą, jakby to ująć… mniej oficjalną historię. O tym, że jest co opowiadać, świadczy chociażby objętość książki Jerzego Sampa – to prawie 300 stron opowieści, które tłumaczą wiele interesujących faktów na temat Gdańska.

Przyznać muszę jednak, że Samp wykonał ogrom pracy zbierając materiały do swojej książki. Legendy dotyczą bardzo różnorodnych zagadnień związanych z istnieniem Gdańska. I to mi naprawdę zaimponowało, gdybym tylko nie podchodziła do pierwszej legendy czterokrotnie, bo za każdym razem po prostu usypiała. Język Sampa jest nie tylko kwiecisty, ale wręcz przesadzony – upiękniony niezliczonymi porównaniami, metaforami, rozwleczonymi na pół strony opisami. Człowiek dorosły nie jest w stanie się na tym wszystkim skupić, a na dzieciach nawet nie próbowałam tej lektury z obawy przed niskim zainteresowaniem.

Pozytywnie oceniam wykonane przez Zygmunta Gornowicza ilustracje, przyznając przy tym, że odmienna opinia byłaby z mojej strony zwyczajną ignorancją. Dzięki „Legendom gdańskim” i ilustracji z ich okładki przypomniałam sobie dzieciństwo – wszak znajdujący się na niej żaglowiec do złudzenia przypomina ten, który znalazł się na zdobionej przez Gornowicza „Wyprawie na «ariadnie»” Jana Brzechwy. Żałuję tylko, że tego dzieciństwa nie przypomniał mi sam Jerzy Samp, bo miałam nadzieję, że czytając jego książkę poczuję się niemal dwie i pół dekady temu, gdy pierwszy raz spotykałam się z legendami na temat Krakowa.

Sylwia Tomasik