W maju 1906 roku amerykański „The Outing Magazine” rozpoczął publikowanie tekstu, który okazał się strzałem w dziesiątkę dla pisma. Było ono poświęcone rozrywkom na powietrzu (sportom, ogrodnictwu, a nawet automobilizmowi), jednak miało również spory dział literacki. I to właśnie w nim przez kilka miesięcy można było znaleźć kolejne rozdziały powieści Jacka Londona Biały Kieł.

Była to historia dzikiego wilka, który powoli staje się zwierzęciem domowym. Tytułowy Biały Kieł początkowo przebywał w brutalnym, lecz niewinnym towarzystwie innych zwierząt (oraz Indian żyjących „zgodnie z naturą”). Różne dramatyczne wypadki sprawiły jednak, że trafił ostatecznie do niemoralnego, nie liczącego się z żadnymi zasadami społeczeństwa ludzkiego.

London podjął więc popularny temat przejścia od natury do kultury. Jednocześnie umiejscowił on akcję Białego Kła w czasie gorączki złota w Klondike, w kanadyjskiej prowincji Jukon, która dla czytelników z USA była prawdopodobnie jeszcze bardziej zmitologizowana niż Alaska.

Powieść skrojono idealnie, aby odniosła sukces. Okazało się jednak, że o Białym Kle było chyba nawet zbyt głośno.

W Stanach Zjednoczonych rozgorzała bowiem dyskusja na temat „podrabiaczy natury”, czyli tych pisarzy, którzy skupiając się w swoich dziełach na opisach życia zwierząt, rzekomo zafałszowują ich obraz. Adwersarze literatów przypominali książkowe sceny, w których zwierzęce „rodziny” wychowują swoje „dzieci”, cytaty ze zwierzęcych „myśli”, czy charyzmatyczne postacie wilków, koni i tygrysów o rozbudowanych biografiach – wszystkie te obrazy niezwykle powszechne w ówczesnej literaturze.

Głos zabrał nawet prezydent Stanów Zjednoczonych, Theodore Roosevelt: „Podrabiacz natury zwodzi wielu dobrych ludzi, którzy niewiele wiedzą o życiu dzikich zwierząt. Czasem czerpie inspirację z własnej wyobraźni, czasem ma ją z drugiej ręki, od nieodpowiedzialnych przewodników, traperów czy Indian”. I w tym momencie pojawił się temat Białego Kła. Prezydent – pierwszy chyba raz w historii kraju występujący jako krytyk literacki – zwracał szczególną uwagę na scenę walki wilka z buldogiem w powieści Londona. Roosevelt oceniał, że niemożliwe jest, aby Biały Kieł przeżywał taką głębię bólu i smutku. A poza tym przebieg tej walki powinien zupełnie inaczej wyglądać, skoro wilk jest o wiele większy od buldoga.

Odpowiedź Londona pojawiła się dopiero rok później, gdy cała sprawa przycichła: „Napisanie tych opowieści było w rzeczywistości protestem z mojej strony przeciwko »uczłowieczaniu« zwierząt – któremu, jak mi się zdawało, wielu »zwierzęcych pisarzy« jest winnych. Wielokrotnie w książkach pisałem o moich psich bohaterach: »On nie myślał tych rzeczy, on je jedynie wykonywał«. (…) A czyniłem to, aby wbić do głowy zwykłemu czytelnikowi, że moi psi bohaterowie nie podążali za abstrakcyjnym rozumowaniem, lecz za instynktem, wrażeniem i emocją”.

London, wytrawny znawca upodobań literackiej publiczności, asekuracyjnie podkreślał prymitywizm własnych postaci zwierzęcych (oraz ludzkich), a usprawiedliwiał to twardymi warunkami egzystencji, w jakich przyszło im żyć. W końcu Jukon i gorączka złota to nie przelewki.

Jak widać, musiało upłynąć jeszcze trochę czasu, aby pojawił się chociażby James Curwood, który bez ogródek pisał o miłości, smutku i trudnych wyborach życiowych Szarej Wilczycy, Bariego czy Błyskawicy. Wtedy jednak już chyba mało kto wierzył, że to, co znajdujemy w książkach, jest podaną wprost prawdą, a nie rozrywką – oraz propagowaniem wśród czytelników wrażliwości na los otaczających ich zwierząt.

Filip Skowron