O mitach, męskim etosie, wychodzeniu ze sfery komfortu oraz o książkach, które po dwudziestu latach pozostają wciąż aktualne, rozmawiam z Wojciechem Eichelbergerem.

Wojciech Eichelberger (ur. 1944 w Warszawie) – psychoterapeuta, trener i coach. Autor wielu bestsellerowych książek z pogranicza psychologii, antropologii i duchowości. Współzałożyciel Laboratorium Psychoedukacji. Twórca idei i programu Instytutu Psychoimmunologii – IPSI, którego misją jest humanizowanie biznesu. Jedna z najwybitniejszych postaci polskiej psychologii i psychoterapii. Od wielu lat obecny jest w radiu, telewizji, prestiżowej prasie. W pracy z ludźmi odwołuje się do podejścia integralnego, które oprócz psychiki bierze pod uwagę ciało, energię i duchowość.

Po latach Pana bestsellery wracają do księgarń w nowej szacie graficznej i w nowej serii zatytułowanej „Daj sobie spokój”. To hasło jest przesłaniem wszystkich Pana książek. Co to znaczy, żeby dać sobie spokój?

To nowe odczytanie popularnego powiedzenia namawiającego nas do rezygnacji. Tu wręcz przeciwnie.  Jest to zachęta do tego, aby nieustępliwie szukać spokoju w sobie. On tam jest – na samym dnie naszych skołatanych serc i umysłów. Czeka, aż go odkryjemy. Więc przypominam sobie i czytelnikom, że nikt inny ani żadne – choćby najbardziej sprzyjające zewnętrzne okoliczności – nie zdołają go nam trwale zapewnić. Bo prawdziwy spokój jest endogenny, a nie egzogenny. 

O czym, w Pana ocenie, świadczy fakt, że po dwudziestu latach książki te nie straciły na aktualności, jak choćby nominowana do Nike „Kobieta bez winy i wstydu”, do której wydawca musiał przygotować dodruk?

Nieskromnie ośmielam się przypuszczać, że treść tych książek jest nadal aktualna, że udało mi się dotknąć spraw istotnych dla czasów, w których przyszło nam żyć, a zarazem spraw, na których załatwienie potrzeba wysiłku więcej niż jednego pokolenia.

Czy problemy, z którymi się zmagamy, istotnie zmieniły się po roku 1989? Jakie są Pana obserwacje?

Z mojej praktyki terapeutycznej wydaje się wynikać, że sprawy o których pisałem prawie dwadzieścia lat temu, teraz dopiero stają się świadome dla coraz większej liczby ludzi, szczególnie tych wchodzących w dorosłe życie.

Czy z lektury Pańskich książek czytelnik może wyciągnąć realne korzyści? Czy mogą one poprawić jakość jego życia? Albo czy są w stanie zastąpić psychoterapię?

Psychoterapii nie są w stanie zastąpić. Ale ogromna liczba wyrazów wdzięczności, z jaką się spotkałem na przestrzeni lat, świadczy o tym, że są one bardzo pomocne, rozjaśniają wiele trudnych problemów i zachęcają do dalszych poszukiwań – także w formie psychoterapii.

Metro Billboard Wojtek

W Pana znakomitej książce „Życie w micie” napisanej razem z Beatą Pawłowicz rozprawia się Pan z rozmaitymi mitami współczesnego świata. Czy wszystkie społeczeństwa mają swoje mity i czy są nam one niezbędne do życia?

Słowo „mit” ma dwa znaczenia. Pierwsze, pozytywne – to mityczny przekaz, który wyjaśnia i porządkuje nasze życie i egzystencjalne poszukiwania. Drugie, negatywne – to iluzja, zasłona, złudzenie, ucieczka przed trudną do przyjęcia prawdą. Tytuł książki mówi o micie w tym drugim znaczeniu. Tak rozumiane mity trzeba szybko i skutecznie demaskować, rozwiewać, bo ograniczają naszą orientację  w rzeczywistości, fałszują priorytety i hamują rozwój. Zarówno w wymiarze indywidualnym, jak i zbiorowym. O tym jest ta książka.

Na okładce Pana książki „Siedem boskich pomyłek” można przeczytać: „Wychowałem się na ciężkostrawnej katolicko-socjalistyczno-ateistycznej mieszance. Po trzydziestce zrozumiałem, że sam odpowiadam za wybór mojej duchowej drogi. Wybrałem buddyzm zen. Nie żałuję. Tym bardziej że dzięki zen zacząłem z wolna rozumieć przekaz Chrystusa, a nie jak wcześniej jedynie w Niego wierzyć”. Jak Pan sądzi, czy wiara religijna pomaga nam żyć? I, jeśli wolno spytać, skąd czerpie Pan – inspirujące w moim odczuciu – przekonanie, że Budda i Jezus, gdyby się spotkali, wpadliby sobie w ramiona?

Tak, wiara pomaga żyć. Wszakże pod warunkiem, że nie jest mitem, wyobrażeniem czy zasłoną, lecz żywym doświadczeniem. A Jezus i Budda wpadliby sobie w ramiona, bo choć używają różnych symboli, słów, metafor i narracji, to w istocie mówią o tym samym – i o to samo im chodzi.

W wielu Pana książkach można znaleźć wyrażone mniej lub bardziej wprost przekonanie, że mężczyznę tworzy mężczyzna. Co to znaczy?

W sensie społecznym i psychologicznym chłopiec, aby stał się mężczyzną, potrzebuje męskich mitów, dobrych wzorców i tradycji, a także właściwego treningu i ceremoniałów. To ważny postulat. W swoich książkach zwracam uwagę na to, że wartości dominujące w naszej cywilizacji spustoszyły i zdemoralizowały męski etos, że trzeba go odbudować i dostosować do naszych czasów.

To, co mnie niezwykle urzeka w Pana publikacjach i wielu wypowiedziach, do których dotarłam, to podkreślanie, iż poszukiwanie komfortu i bezpieczeństwa za wszelką cenę jest zgubnym projektem na życie. Dlaczego należy wybierać trudniejszą trasę, kiedy można pójść łatwiejszą drogą?

Poszukiwanie komfortu i bezpieczeństwa jest tym samym, co wspomniane  na początku poszukiwanie spokoju na zewnątrz. Demoralizuje nas i osłabia. Pozbawia życie tego, co je najgłębiej definiuje: zmiany i ryzyka. Tym  samym czyni je nudnym i jałowym. A na dodatek – przy ograniczonych zasobach – komfort i bezpieczeństwo osiągnąć można jedynie kosztem innych.

W Pana świetnej książce „Mężczyzna też człowiek” czytamy: „W naszych czasach łączą się ze sobą dzieci ukryte w ciałach dorosłych – niedojrzali mężczyźni z niedojrzałymi kobietami – a potem przez resztę wspólnego życia walczą o to, kto komu ma siedzieć na kolanach”. Skąd taka diagnoza i czy ma ona jakiś związek z głoszonym dziś kryzysem ról męskich i żeńskich?

Diagnoza pochodzi z obserwacji i pracy z ludźmi w terapeutycznym gabinecie. Oczywiście nie dotyczy wszystkich. Wielu ludzi dorasta i dojrzewa do bliskich związków z innymi. Choć wydaje się, że ich liczba spada. Zapewne wiąże się to z radykalnymi zmianami obyczajów i przepisów na rolę mężczyzny i kobiety w bliskich związkach i w rodzinie.

I ostatnie pytanie: Niektórzy utrzymują, że psychoterapia jest fanaberią. Czym jest ona i po co się na nią przychodzi?

Psychoterapia wymaga wyjścia ze sfery komfortu. Podjęcia ryzyka, rozstania się z wieloma ulubionymi mitami na własny temat. To ciężka praca, ale zarazem wspaniała przygoda. Przygoda dla odważnych i zdeterminowanych. Nie spotkałem takich, którym by się nie przydała. Więc nie fanaberia, tylko artykuł pierwszej potrzeby.

Bardzo dziękuję za rozmowę.

Rozmawiała: Ewelina Tondys

Fot. Jarosław Żamojda