Fot. Jessica CrawfordPonad jedenaście tysięcy recenzji na Amazonie i ponad milion sprzedanych egzemplarzy – takim wynikiem może pochwalić się „Gen Atlantydzki”, debiutancka powieść amerykańskiego pisarza A. G. Riddle, która szturmem podbiła listy bestsellerów. A. G. Riddle udowodnił tym samym, że sukces na rynku książki nie zależy od znalezienia wyszczekanego agenta (bo autor go nie miał), ani droga kampania promocyjna (Riddle zmieścił się w oszałamiającej kwocie osiemnastu dolarów), ani kierunkowe wykształcenie.

Iwona Malinowska: Będzie banalnie – jak to się stało, gość zajmujący się Internetem rzucił dotychczasową pracę i został pisarzem?

A. G. Riddle: Pracować zacząłem w trakcie studiów. To wtedy założyłem pierwszą firmę. Przez dziesięć lat zajmowaliśmy się serwerami, bazami danych i programowaniem. Aż wreszcie, kiedy zakończyłem ostatni z projektów, poczułem, że pora na coś innego. Ponieważ zawsze uwielbiałem czytać i w ten właśnie sposób relaksowałem się po pracy, uznałem, że mógłbym sprawdzić, jak poradzę sobie w zupełnie innej dziedzinie.

IM: „Gen Atlantydzki” ma bardzo skomplikowaną fabułę. Nie raz i nie dwa spotkałam się z twierdzeniem, że debiutować najlepiej krótką formą. Nie obawiałeś się takiego skoku na głęboką wodę?

AGR: Nie bardzo. Przyzwyczaiłem się do pracy nad kompleksowymi, rozbudowanymi projektami, a poza tym potrzebuję wyzwań, żeby nie znudzić się tym, co robię. Wiedziałem również, że jeśli nie mój debiut nie zaskoczy, zapewne będę zmuszony poszukać sobie czegoś innego do roboty. Postawiłem wszystko na jedną kartę z nastawieniem, że albo zaliczę spektakularną porażkę, albo odniosę równie spektakularny sukces.

IM: Od samego początku planowałeś trylogię?

AGR: Tak. Naszkicowałem sobie bardzo konkretny zarys całej serii. Oczywiście po napisaniu dwóch tomów parę rzeczy musiałem pozmieniać, jednak kręgosłup powieści nie poniósł właściwie żadnego uszczerbku. Od początku intrygowała mnie tajemnica naszego przetrwania, to, jakim cudem udało nam się nie wyginąć 70 000 lat temu, i w jaki sposób, cudownie ocalali, pozbyliśmy się pozostałych hominidów, by wreszcie zawładnąć Ziemią. Mit o Atlantydzie również mnie fascynował. Opowieść o zaawansowanej technologicznie, niestroniącej od wojny cywilizacji, która w mgnieniu oka przepadła, zachęca do refleksji nad tym, dokąd właściwie zmierzamy i co czeka nas w przyszłości. Z połączenia tych dwóch wątków powstał „Gen Atlantydzki”.

IM: Pamiętasz ten moment, w którym przyszło ci do głowy, żeby zostać pisarzem?

AGR: Zacząłem o tym myśleć gdzieś w okolicach 2010 roku. To wtedy przyszedł mi do głowy pomysł na fabułę całej trylogii. Usiadłem do pisania w 2011, kiedy już rozstałem się z firmą, i to pisanie trwało dobre dwa i pół roku. To szmat czasu, ale uważam, że go nie zmarnowałem. Nadal jestem szalenie dumny z tego, co udało mi się stworzyć.

IM: Domyślam się, że zbieranie materiałów do książki również trochę potrwało?

AGR: Potrwało, potrwało. Bywało ciężko, ale nigdy nudno. Piszę o rzeczach, które mnie fascynują, a o rzeczach, które mnie fascynują, z chęcią uczę się czegoś nowego. Uczyłem się zresztą i pisałem równolegle, trudno więc ocenić mi, ile dokładnie czasu spędziłem na poszukiwaniach, obstawiam, że około dwunastu miesięcy.

IM: Ciekawi mnie, czy, pisząc dwoją debiutancką powieść, myślałeś o jej przyszłej recepcji.

AGR: Sądzę, że kiedy piszesz, powinieneś ufać własnym instynktom. Napisałem powieść, którą sam chętnie bym przeczytał, ale w trakcie redakcji pierwszej wersji wprowadziłem pewne zmiany z myślą o czytelnikach. Widzę to tak: pierwszy draft jest dla ciebie, ale kiedy bierzesz się za poprawki, nie możesz tracić z oczu hipotetycznych odbiorców. Jestem ogromnie wdzięczny mojej żonie i pierwszym czytelnikom, którzy bez litości wskazywali mi, co ich zdaniem nie gra w książce, albo nie pasuje do niej tak dobrze, jak mi się wydawało.

IM: Kiedy pierwszy raz wzięłam „Gen Atlantydzki” do ręki i przeczytałam opis na IV stronie, natychmiast ujrzałam przed oczyma początek „Prometeusza”. Inspirują cię filmy?

AGR: Oczywiście! Uważam, że książki mają tę przewagę nad filmami, że pozwalają lepiej zgłębiać problemy, którymi zajmuje się gatunek science fiction. Z drugiej strony filmy operują obrazami. I jedne, i drugie są ważne, choć prywatnie sądzę, że to właśnie dzięki intelektualnym wyzwaniom, które łatwiej postawić w książce niż w filmie, fantastyka naukowa jest tak interesująca.