Twórczość sióstr Brontë to prawdziwy fenomen. Jedna z większych zagadek w historii literatury. Z Erykiem Ostrowskim, autorem książki „Charlotte Brontë i jej siostry śpiące”, rozmawia Aleksandra Byrska.

Dlaczego Charlotte Brontë?

Tak naprawdę przyciąga i hipnotyzuje samo nazwisko Brontë. Tak było w zasadzie już od publikacji trzech pierwszych powieści w 1847 r. Później tę tajemniczość postaci, te wszystkie mroczne uczucia zaczęliśmy łączyć przeważnie z Wichrowymi Wzgórzami, jakby zapominając o tym, że i Jane EyreLokatorka Wildfell Hall, osadzone są w tym samym niepokornym pejzażu, który wychował niemniej porywcze natury niż Cathy Earnshaw, czy Heathcliffa. W połowie XIX w. Charlotte Brontë była już legendarna. Choć ona sama nie miała tego świadomości, stała się już wówczas przedmiotem rozmów, listów, plotek i najprzeróżniejszych domysłów, jakie snuto o jej życiu prywatnym. Podobnie i dziś, 160 lat później, większość osób kojarzy tę dziewczynę – a także jej siostry oraz brata – z namiętnymi i zbuntowanymi postaciami z powieści. I, jak się wydaje, w tej zbiorowej intuicji jest całkiem sporo słuszności. Dlatego Charlotte Brontë. To ona stworzyła tę legendę.

Kiedy najtrudniej było zrozumieć autorkę Jane EyreVillette?

Nie przypominam sobie jakichś trudności ze zrozumieniem Charlotte Brontë. – Pisanie biografii z założenia wymaga bezwzględnego otwarcia się na osobę, o której się pisze. Jest to podobne do tłumaczenia poezji, czyli wewnętrznej mowy serca, czy też ducha. Obowiązuje tu wierność wobec cudzej myśli. Przekładamy, oczywiście, tego człowieka – jego myśli i odczucia – poprzez nasze własne doznania, ale musimy być otwarci na poznanie. Mogę powiedzieć, że Charlotte Brontë bardzo wiele mnie nauczyła i w zasadzie we wszystkim jest mi bliska. Od lat zajmuję się literaturą, lecz nigdy nie zdarzyło mi się spotkać postaci pełnej tylu sprzeczności. Ale właśnie efektem tego rozdarcia jest geniusz Brontë – zauważalny we wszystkim, czego się tknęła. – Od młodzieńczych opowiadań, poprzez powieści, korespondencję i jej wspomnienia. Natomiast już po opublikowaniu książki natknąłem się na wątek z biografii pisarki, z którym mam osobiście pewien problem. Jest to list jej brata, Branwella, do przyjaciela, w którym opisuje on dość szczególne zajście z Charlotte. Nie sposób nie wątpić w szczerość tego listu; jest pełen tak wielkiego bólu, poczucia zranienia, którego nawet Branwell nie mógł sobie wyimaginować. Z tego listu wyłania się inny wizerunek Charlotte Brontë, nie przystający do osoby, której i tak już bardzo złożony, wręcz pokiereszowany obraz przekazują nam juwenilia, powieści i listy. To obraz prywatny, który jest wstrząsający. W tej chwili trudno mi nawet określić, co takiego on zmienia w moim dotychczasowym postrzeganiu pisarki. Być może to pretekst, aby napisać kolejną książkę?

Jakie jest Pana stanowisko w sprawie autorstwa Wichrowych Wzgórz?

Wichrowe Wzgórza to największa zagadka literatury nowożytnej. Poświęciłem temu osobny rozdział w mojej książce, Związek krwi, związek słowa, a także rozdział Nienapisana powieść, który stanowi swego rodzaju jego epilog. Skupiam się tam na hipotezie wysuwanej już od stu kilkudziesięciu lat, według której autorem Wichrowych Wzgórz jest Branwell Brontë. Ja wskazuję jeszcze jedną możliwość – że jest to dzieło Branwella i Charlotte. – Oboje przez długie lata tworzyli razem i mieli wspólną tożsamość literacką, a ich dzieła składające się na sagę o Angrii pisane są w identycznym stylu jak Wichrowe Wzgórza. Zarówno ten język, jak i pewne treści w utworach angriańskich są niezwykle śmiałe i tożsame z tym, co zawierają Wichrowe Wzgórza, które powstały jako pierwsza z siedmiu powieści Brontë. – Podkreślam jednak, że polski czytelnik nie może mieć pojęcia, w czym Wichrowe Wzgórza tak bardzo różnią się od pozostałych dzieł Brontë, gdyż dotychczasowe przekłady szerokim łukiem omijały styl, w jakim powieść jest napisana. To się wkrótce zmieni; pierwszy wierny przekład Piotra Grzesika – którego fragmenty cytuję w swojej książce – ukaże się wkrótce nakładem wydawnictwa MG. – Nie daję definitywnej odpowiedzi, że było tak, albo inaczej. Tej, prawdopodobnie, nigdy nie otrzymamy. Trzeba jednak umieć czytać i wyciągać wnioski. A to oznacza, że nie można w ciemno powtarzać takich absurdów, jak to, że jedyny brat sióstr Brontë był pozbawiony talentu literackiego, przez całe życie tylko pił, kompromitował rodzinę i nie miał bladego pojęcia, że siostry wydały powieści. – Są to kalki powtarzane za pierwszą biografią Charlotte Brontë napisaną przez Elizabeth Gaskell na zamówienie ojca pisarki. Tymczasem Branwell Brontë pozostawił po sobie przepiękne wiersze, wśród których wyróżniają się te powstałe w ostatnim okresie jego życia; wraz z Charlotte stworzył juwenilia uznawane za najwybitniejsze w światowej literaturze i wiele z tych tekstów choć pisanych jej ręką stworzyli wspólnie, i to jego radziła się Charlotte w kwestii, do których wydawców posyłać rękopisy powieści. A pił i kompromitował rodzinę przez ostatnie dwa lata swego życia. Przytaczam w książce listy obojga, listy ich przyjaciół, fakty z biografii, cytaty z juweniliów zestawiam z cytatami z Wichrowych Wzgórz. W osobnym rozdziale przywołuję też notatki, listy i wypracowania szkolne Emily Brontë, powstałe w okresie, gdy rzekomo pisała Wzgórza. Myślę, że pisarza mogą sądzić wyłącznie jego teksty. Emily pozostawiła ich kilka. Wśród nich z całą pewnością nie ma Wichrowych Wzgórz. Nie wiem też dlaczego ignoruje się fakt, że jej jedyna wypowiedź na temat swego autorstwa Wzgórz to zruganie Charlotte po tym, jak powiedziała ona swemu wydawcy, że Ellis Bell to jej młodsza siostra, Emily. – Trzeba pamiętać, iż Charlotte Brontë głosiła różne rzeczy, nie zawsze zgodne z prawdą. Z podobnym zapałem na przykład, z jakim kreowała mit o Wichrowych Wzgórzach, wpajała otoczeniu, iż jest mężczyzną. A publikacją Villette omal nie zniszczyła reputacji swojej byłej chlebodawczyni i to tylko dlatego, że była ona żoną człowieka, w którym Brontë do szaleństwa się zakochała, a który, jak wiadomo, nie porzucił dla niej swej żony.

Jak tłumaczy sobie Pan ten niezwykły fenomen – skąd wzięła się tak niezwykła kobieta na pustkowiu pośród wrzosowisk? Jak Pan myśli, co ją ukształtowało?

Rodzina Brontë ze strony ojca z upodobaniem powtarzała legendę, jakoby Patrick Brontë był wnukiem albo przynajmniej krewnym XVIII-wiecznego poety irlandzkiego, Padraiga O’Pronntaigha, natomiast jedna z legend rodowych Branwellów – rodziny ze strony matki – głosi, iż wywodzili się oni z piratów. Jeśli dodać do tego, że mała Charlotte wychowywała się wraz z rodzeństwem wśród dzikich wrzosowisk północnej Anglii, w pełnej izolacji od rówieśników, a ojciec – poeta i pastor – od najmłodszych lat dyskutował z nią o polityce, karmił lekturą najlepszej prasy angielskiej, którą prenumerował, organizował lekcje malarstwa i od dzieciństwa traktował ją jak osobę dorosłą – odpowiedź nasuwa się jedna: dziwne byłoby, aby z takiego dzieciństwa i takich genów wyrosła zwykła kobieta.

Relacje z epoki, które cytuje Pan w swojej książce, mówią o niezwykłym wrażeniu jakie Charlotte wywierała na swoim otoczeniu. Jak Pan to rozumie – siła osobowości, geniusz, aura, metafizyka?

Chyba wszystkie te rzeczy. Jedni to mają, inni nie. Z pewnością bardzo rzadko zdarza się, aby spotkanie z pisarzem pozostawiało takie wrażenie. Częściej poznanie pisarza osobiście rozczarowuje. A tu nie tylko w jakiś nieuchwytny sposób potwierdzało, że to właśnie jest Jane Eyre, ale okazywało się, że pisarka jest jeszcze bardziej intrygująca niż jej dzieła. Świadectwa osób, które spotkały Charlotte Brontë, nie mówią wyłącznie o zachwycie. Można wyczuć pewien wstrząs, głębokie poruszenie, jakie na tych ludziach wywarła. Jedni, jak Harriet Martineau, mieli w oczach łzy, inni przeciwnie – Matthew Arnold powiedział, że Charlotte Brontë jest „ogniem bez pokarmu”. Nie bez znaczenia były tu jej ogromne, bardzo piękne oczy i ich przeszywające do głębi spojrzenie. Nie każdy to lubi, nie każdy jest w ogóle w stanie takie spojrzenie znieść. Siła tego spojrzenia, geniusz Jane Eyre w połączeniu z tą niezwykle drobną, dziecięcą posturą – zadecydowały o tym, że relacje świadków są takie, a nie inne. Zdumiewa natomiast fakt, iż wszystko to przetrwało i zaczęło przechodzić z pokolenia na pokolenie. Umierając Charlotte Brontë w ogóle nie brała pod uwagę tego, że jej życie się kończy. I w pewnym sensie rzeczywiście pozostała. Jest wiele osób, dla których jest ona nie tylko ikoną, ale wręcz obsesją. Wielu mężczyzn i kobiet jest przekonanych, że widziało lub widuje jej ducha. – Są to najzwyklejsi ludzie, nierzadko w starszym już wieku, nie żadni szaleńcy. Patrząc, jak dziś, po tylu latach, tak wiele osób pragnie żyć w przekonaniu, że pisarka nadal jest – nie poprzez swe utwory, ale osobiście – łatwiej nam zrozumieć wrażenia tych, którzy ją spotkali.

Czy zaburzenia psychiczne dla artystki takiej jak Charlotte Brontë były owocne twórczo, czy też hamowały rozwój jej talentu? Tak szczególna wrażliwość była darem, czy przekleństwem?

Nie nazwałbym tego zaburzeniami psychicznymi. Ona bardzo mocno stała na ziemi. To raczej pewna predyspozycja do geniuszu np. oprócz wielkiej nadwrażliwości, zarówno Charlotte, jak i Branwell wykazywali objawy podobne do syndromu sawanta. Poza tym Charlotte chciała być w oczach świata postrzegana jako inna osoba niż ta, którą była w rzeczywistości. Dobrze wiedziała, że pewne rzeczy musi stłumić, „zmrozić” w sobie jak bohaterka Villette, Lucy Snowe. I za to płaciła olbrzymią cenę. Czuła, że poddawanie się wizjom wyniszcza jej organizm, bo choć w przeciwieństwie do brata nie potrzebowała do tego opium, były to dla niej równie silne doznania, jak narkotyk. Emocje, które niewoliła to cechy Cathy Earnshaw, jakie znamy z Wichrowych Wzgórz, nieakceptowane przez świat i przezeń nierozumiane, po dziś dzień uznawane za histerię i wytłumiane psychotropami. A to przecież nic innego jak naga, wyzwolona z oków i pozorów prawda o naszym wnętrzu, uczucia bez retuszu. Takich świadectw nie ma może w Jane Eyre, ale już Villette, Profesor, czy nieukończony Willie Ellin mówią nam bardzo wiele o duchowym piekle Charlotte Brontë. Ale ten ogień to nie choroba psychiczna. W tym wypadku oznacza on to, co postrzegamy jako geniusz sióstr Brontë. Z pewnością w życiu prywatnym nie było to łatwe i nieraz bywało przekleństwem. Charlotte Brontë miała regularne nawroty depresji nerwicowych, które objawiały się atakami wysokiej gorączki, wtedy przez całe tygodnie nie opuszczała pokoju. Opisała to zresztą w VilletteProfesorze, przywołuję te fragmenty w książce.

Skąd ta drobna kobieta miała w sobie tyle siły? Kumulacja jej bolesnych doświadczeń wydaje się być trudna do pojęcia. To cierpienie ponad wszelką miarę…

Ale czy jakiekolwiek cierpienie ma miarę? Pisząc biografię Brontë nieustannie zadawałem sobie to pytanie. Z drugiej strony – czy miała inne wyjście, aniżeli przetrwać? W przeciwnym razie pozostawałoby samobójstwo, czyn całkowicie sprzeczny ze światopoglądem Charlotte Brontë, która została wychowana w przekonaniu, iż cierpienie jest wpisane w życie… Doszukiwała się uzasadnień. – Pragnęła widzieć aureolę nad głową zmarłej Anne, jakieś wtajemniczenie, wyższy cel w umieraniu i samej śmierci Emily. Dała temu zresztą wyraz w dwóch niezwykłych wierszach napisanych po śmierci sióstr, które przywołuję w książce; są to arcydzieła. – Powracając jednak do pytania: wydaje się, iż właśnie nie miała siły. I w tym braku wspomógł ją przyrodzony dar tworzenia. Z tego cierpienia, cierpienia ponad miarę, jak Pani mówi, wynikły dwa arcydzieła światowej literatury, powieści ShirleyVillette. Nie jesteśmy w stanie powiedzieć, czy Charlotte Brontë prywatnie podołała cierpieniu, ale w twórczości podołała wyzwaniu jakie ono przed nią postawiło. Z tych powieści można bardzo wiele wyciągnąć na temat siły człowieka i czemu jest w stanie sprostać. Charlotte Brontë już wcześniej przeżyła doświadczenie utraty – śmierć matki oraz starszych sióstr, Marii i Elizabeth – prawdopodobnie więc utratę Branwella, Emily i Anne podświadomie wpisała w swój los, który nakazał jej odprowadzić jedynych bliskich. Dzięki temu być może w ogóle przeżyła i nie poszła za nimi. Jednak – a to bardzo ważne by zdawać sobie z tego sprawę – można odnieść wrażenie, iż przetrwało tu ciało, natomiast dusza umarła – nie na chwilę, lecz bezpowrotnie. Dowodzi tego Villette – ostatnia powieść Brontë; najdoskonalsza, najbardziej przejmująca, od 160 lat wymykająca się duchowemu rozpoznaniu – bo czy ktokolwiek lubi jej główną bohaterkę? Nikt. Ponieważ daje doskonały obraz tego, co człowieka przekracza, a co autorka – ciałem, lecz nie duchem – przezwyciężyła. Duch został złamany, dlatego w Lucy Snowe nie ma życia.

Jaka jest relacja pomiędzy Charlotte, a stworzoną przez nią Jane Eyre? Czytelnicy często utożsamiają je ze sobą. Czy Charlotte pisząc tworzyła lepszą wersję samej siebie?

Myślę, że w przypadku tej powieści tak właśnie było. To swego rodzaju dążenie. – Dążenie do postaw, do życia, które zostało odmówione. Ale ten podtytuł – autobiografia – nie pochodził od niej, lecz od wydawcy, który w tym czasie niczego o autorze powieści nie wiedział, po prostu tekst wydał mu się tak przekonujący i tak autentyczny, jakim jest dla nas i dziś. To stanowi zresztą o fenomenie Jane Eyre – czyli Charlotte Brontë. – Każdy pisarz ma swoje alter ego. Charlotte Brontë do siebie samej przyznała się dopiero w Villette, której bohaterki jak już wspomniałem nie da się lubić. Jane Eyre to dążenie do samej siebie, skuteczne ponadczasowe i bez trudu dające się kochać. Do tego stopnia, iż każdy czytelnik tej książki ma problem w zaakceptowaniu bohaterek jej późniejszych powieści. Bo życie, po prostu, jest mniej pociągające niż jego pragnienie, a właśnie życiu – w jego najsurowszym wymiarze – dedykowała Brontë pozostałe powieści.

W jaki sposób zachęciłby Pan czytelników do lektury ostatniej powieści Charlotte Brontë czyli Villette?

Napisałem przedmowę do nowego wydania Villette, w której staram się naprowadzić czytelników na właściwy odbiór tej naprawdę niełatwej w odbiorze powieści. W tym krótkim tekście zamiast pisać o tym, iż Villette to krytyczny obraz XIX-wiecznej Brukseli, który znakomicie przystaje także do dzisiejszego wizerunku stolicy Europy, mówię o nowatorstwie tej książki, która jest prekursorem europejskiej powieści psychologicznej i pierwszym utworem w światowej literaturze, w którym pewne partie napisano w formie monologu wewnętrznego. Brontë ten gatunek odkryła i wyznaczyła mu ramy, w które kilkadziesiąt lat później wpiszą swe dzieła tacy pisarze jak Proust, Woolf, czy Joyce. – Villette całkowicie odstaje od utworów Brontë: liczy tysiąc stron, lecz nie posiada praktycznie akcji, niewiele się tu dzieje, w dodatku główna bohaterka powieści jest denerwująca i nawet świadomość, że to właściwie autobiografia Charlotte Brontë, niewiele jest w stanie tu pomóc. Polski czytelnik powinien jednak wiedzieć, że Villette to prekursor Ullyssesa. To lektura dla ambitnego, poszukującego czytelnika, którego interesuje rozwój światowej literatury. Villette to największe z arcydzieł sygnowanych nazwiskiem Brontë, któremu ustępują nawet Wichrowe Wzgórza. Taki gatunek, jaki reprezentuje Villette nie był wcześniej znany literaturze; Charlotte Brontë zrewoltowała nie tylko obyczajowość, ale i bieg historii literatury. Po ukazaniu się Villette nic już nie było takie samo. Współcześni poznali się na tym przełomie natychmiast: powieść okazała się największym sukcesem Charlotte Brontë, jej ostatecznym tryumfem. Po dziś dzień utwór nie pozwala się zaszufladkować. Jest osobny. I co najciekawsze – treść i styl, w jakim go napisano pozostają tu niezależne od siebie; to dwie odrębne wartości. Bez względu na to, czy kogoś interesują perypetie Lucy Snowe, może z zachwytem czytać zdania, opisy i rozkoszować się językiem, w jakim powieść została napisana. A jeśli chodzi o samą treść – jest to studium samotności. I tu, myślę, dzieło nie wymaga reklamy. Jest uniwersalne i ponadczasowe, bo samotność wśród ludzi, opuszczenie i izolacja, niestety, nie zmieniły się od czasu, gdy przeżywała je Charlotte Brontë w połowie XIX w. w Brukseli. Miejsca, w których wówczas była dziś już nie istnieją, uczucia – pozostają te same.

Czy znalazł już Pan kolejną tak inspirującą i niezwykłą postać jak Charlotte Brontë?

Nie ma drugiej Charlotte Brontë i nigdy nie będzie. Charlotte Brontë jest jedna i jest jak nieustanne pragnienie, którego nie sposób nasycić. Co nie znaczy, że nie ma intrygujących twórców. – Tych jest tak wielu, że na poświęcenie im należnej uwagi nie starczy życia. Przez ostatnie kilka lat skupiłem się na pisaniu monografii poświęconej twórczości Neila Tennanta, lidera Pet Shop Boys – muzyka, ale też wielkiego intelektualisty brytyjskiej popkultury. Książka, którą o nim napisałem – w co trudno uwierzyć – jest pierwszą książką o nim na świecie. Pisałem ją z autentycznej potrzeby więc nie zwracałem uwagi na fakt, że wstępuję na teren dziewiczy. Tylko dlatego mogłem swobodnie poruszać się w analizowaniu tekstów, które – jakby nie było – ukształtowały przecież już dwa pokolenia Brytyjczyków! Mówi się, że te teksty dają najwierniejszy obraz społecznych przemian, jakie dokonały się w Anglii. Przetłumaczyłem wszystkie utwory Tennanta i poddałem je analizie, zarówno od strony literackiej – bo mimo, iż są to teksty piosenek, jest to równocześnie znakomita poezja – jak i kulturowej i historycznej. Starałem się przy tym być możliwie blisko autora, gdyż dzieło, wbrew temu, co się o tym mówi, jest jak to jabłko i nigdy nie pada daleko od swej jabłoni. Tak więc książka Neil Tennant: Angielski sen to także biografia. Jest podobnie napisana jak Charlotte Brontë i jej siostry śpiące – to poznawanie autora poprzez jego dzieło, tyle, że traktuje o problemach współczesnych, a więc trudniejszych do przyjęcia; problemach, o których nie można powiedzieć: to było dawno, więc mnie nie dotyczy. – Tematyka mojej następnej książki dotyczy każdego z nas.

Dziękuję Panu bardzo za rozmowę, a czytelników zachęcam do zapoznania się z recenzją książki „Charlotte Brontë i jej siostry śpiące”  .

Rozmawiała: Aleksandra Byrska